piątek, 30 grudnia 2016

"Świąteczna kafejka" Amanda Prowse

"Świąteczna kafejka" Amanda Prowse, Tyt. oryg. The Christmas Cafe, Wyd. Kobiece, Str. 272

"Życie jest pełne niebywałych zwrotów i niespodzianek […]."

Święta już za nami, więc pojawia się co raz więcej powieści w tym klimacie. Przyznaję, że sięgam po nie zazwyczaj właśnie w grudniu, żeby zaopatrzyć się w odpowiedni klimat. Dlatego skusiłam się na książkę Prowse, która samą atmosferę świąt buduje bardzo klimatyczna okładka.

"Świąteczna kafejka" to typowo obyczajowa historia. Ciepła, świąteczna, pełna ludzkich problemów, w której perypetie głównej bohaterki skupiają na sobie całą uwagę czytelnika. A przyznaję - postać jest bardzo barwna i warta przyjrzenia się z bliska. Pięćdziesięciotrzyletnia Bea swoją postawą nawet trochę chwyta za serce - ogromnie tęskni za mężem, którego strata przysporzyła jej wiele bólu. W dodatku czuje się niesłychanie samotna, bo obecne relacje z synem nie są łatwe. Jest jednak coś, co odciąga ją od ponurej rzeczywistości - kafejka, która pozwala jej robić to co naprawdę lubi. Więc gdy pewnego dnia otrzymuje e-mail z zaproszeniem na święta Bożego Narodzenia i wyjazd do Szkocji nie jest przekonana, ale tak naprawdę nic jej tutaj nie trzyma. Tylko czy wyjazd nie przywróci wspomnień, od których Bea tak bardzo chciała się odgrodzić?

Powieść Prowse na pierwszy rzut oka nie przypomina sympatycznej historii pełnej dobrych emocji. Wydaje się, że smutek przytłacza główną bohaterkę a wszechobecna samotność odbija się także na czytelniku. Mogę Was zapewnić, że to mylne wrażenie - Bea jest smutną postacią, ale dlatego, że życie ją trochę przytłoczyło. Jeśli poznacie ją bliżej zauważycie, że ma w sobie wiele ciepła i dobrego nastawienia, których zaraża wszystkich dookoła, a takie zachowanie mocno się chwali, szczególnie, że przecież miała pod nogami sporo przeciwności. Obawiałam się spotkania z tą bohaterką, bo jestem przyzwyczajona do młodzieżowych postaci, ale już po lekturze wiem, że było to zupełnie niepotrzebne. Bea to postać, która bardzo szybko zjednuje sobie sympatię czytelnika.

Zastanawiacie się pewnie ile klimatu świąt jest w tej historii? Muszę przyznać, że to jedyny jej minus, bo jak dla mnie atmosfery Bożego Narodzenia było tutaj zdecydowanie zbyt mało. To raczej drobiazgi tworzyły cały ten klimat - małe cuda, które na co dzień się nie zdarzają, chwile refleksji i zatrzymania się wyłącznie po to, by zastanowić się na przykładzie bohaterów, czy czasem nasze życie nie wymaga zmian. I choć prószył śnieg, zima mroziła dłonie a dookoła wszyscy nawiązywali do nadchodzących świąt, chciałabym żeby było tego znacznie więcej. 

Rozumiem jednak co Amanda Prowse miała na myśli pisząc swoją historię - zestawiła w jednym miejscu dwa pokolenia: babcię i wnuczkę, które na pierwszy rzut oka różnią się od siebie ogromnie. Jednak razem wyruszają w podróż, która zaczyna uczyć je uroków życia i zmusza, by wzajemnie siebie słuchały. To chyba najlepszy motyw tej powieści - przekonanie, że mimo melancholii i powszechnego smutku, można odnaleźć zasłużone szczęście. "Świąteczna kafejka" to właściwie świetny motywator na nadchodzący nowy rok - uczy, że niezależnie od wieku warto sięgać po własne marzenia.

https://pantomasz.pl/swiateczna-kafejka-prowse-amanda,p394244,c

czwartek, 29 grudnia 2016

"Cytrynowy sad" Luanne Rice

"Cytrynowy sad" Luanne Rice, Tyt. oryg. Lemon Orchard, Wyd. Kobiece, Str. 384

Nigdy wcześniej nie czytałam żadnej książki autorstwa Luanne Rice, ale wielokrotnie spotykałam się z opinią, że jeśli powieści obyczajowe - to przede wszystkim tej pisarki. Dopiero od niedawna mocno zaprzyjaźniłam się z tym gatunkiem, więc jeszcze nie zdążyłam zagłębić wszystkich uznanych autorów, ale jak widzicie - szukam, próbuję, poszerzam wiedzę. I tak właśnie sięgnęłam po "Cytrynowy sad", może trochę nie trafiłam z porą roku, ale  nic nie szkodzi, bo książka warta była każdej poświęconej jej chwili.

Pierwsze co zwróciło moją uwagę to język jakim posługuje się autorka - prosty, nieskomplikowany, ale jednak barwny i bardzo plastyczny, dzięki czemu opisywane miejsca, sceny czy sami bohaterowie nabierali bardziej wiarygodnych kształtów. To spory atut przede wszystkim dla scenerii, która stanowiła rewelacyjne tło dla rozgrywanych wydarzeń. Santa Monica to malownicze miejsce, które zachwyca czytelnika i kusi wizją wakacji, bo autorka naprawdę zręcznie przedstawiła to miejsce. Łatwo jest odnaleźć się w fabule, jeśli ma się wrażenie, że dotyczy ona nas samych, skoro stoimy w samym centrum opisywanej przestrzeni.

Jest jednak mały problem - autorka skupiając się na opisach i wewnętrznych przeżyciach bohaterów zapomniała o tym, że dialogi nie tylko przyciągają uwagę, ale dodają potrzebnego dynamizmu. Jak dla mnie, było ich zdecydowanie zbyt mało (choć opisy były piękne). To nie jest szczególnie rażący w oczy problem, bo książka sama w sobie ma spory potencjał i urok. Myślę, że to trochę zamierzony zabieg, bo historia wbrew pozorom dotyka trudnego tematu imigracji i społeczeństwa nie do końca przychylnego osobom z takich rodzin. W tle pojawia się również utracona miłość i trudna relacja rodzinna, co wszystko - choć otoczone malowniczym miejscem - nadaje mocniejszego wydźwięku.

Trudne motywy przewodnie dodały uroku całej powieści i zmieniły ją w historię pełną podwójnych znaczeń. Każda kolejna strona sprawiała, że co raz bardziej zaczytywałam się w fabule i polubiłam głównych bohaterów. Przede wszystkim było mi bardzo przykro, że doświadczali takich problemów, bo strata najbliższych mocno dawała w kość postaciom i odbijała się na ich późniejszych decyzjach. Jeśli zagłębicie się w lekturę, zrozumiecie że przesłanie jakie ze sobą niesie jest naprawdę ponadczasowe: do czego jest w stanie posunąć się człowiek, by żyć szczęśliwie? I czy te wybory faktycznie doprowadzą do upragnionego szczęścia?

"Cytrynowy sad" to powieść obyczajowa, która kryje w sobie uroki bardziej poważniejszych lektur. Pod nasadą subtelnej historii odkryłam dylematy głównych bohaterów mających przełożenie na współczesne życie. Wartości moralne, rodzina, różne odcienie miłości - czy można chcieć czegoś więcej? Niezależnie odpory roku - warto sięgnąć po powieść Rice.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Kobiece.

środa, 28 grudnia 2016

"A miało być tak pięknie" A. Rook

"A miało być tak pięknie" A. Rook, Wyd. Novae Res, Str. 304

Anna, główna bohaterka powieści "A miało być tak pięknie" zaskakuje czytelnika i samą siebie. Z dnia na dzień podejmuje decyzję zmiany swojego życia. Mając już dość wszechobecnych problemów codzienności, monotonii i rutyny, pakuje tylko to co niezbędne i wyrusza w drogę. Uzbraja się w wielki entuzjazm, postanawia żyć chwilą i zdać się na los. Przyznajże, że nie jest to podejście dorosłej osoby, bo ja pewnie przemyślałabym swoją decyzję na wszelkie możliwe sposoby i pewnie wyszłoby mi więcej przeciw niż za ku takiej decyzji. Więc z jednej strony bardzo podziwiam Annę za odwagę, ale z drugiej wiem, że późniejsze zwątpienia jakie się w niej rodzą są wyłącznie jej winą.

Niewątpliwie historia głównej bohaterki jest ucieleśnieniem marzeń wielu z nas. Mimo tego, że zastanawiałabym się przez lata czy podjąć taką decyzję jak ona, wiem że w końcowym rezultacie poczułabym się wolna będąc w drodze. Dlatego bardzo łatwo jest mi się utożsamić z Anną. Sama jestem bardzo impulsywna i zazwyczaj żałuję swoich decyzji już po fakcie. Dziewczyna pozostawia za sobą ojczyznę i wyrusza w wielki świat z godnym pozazdroszczenia entuzjazmem, a już w podróży odkrywa, że sława, pieniądze i dostatnie życie to tylko mrzonki, które nie mają racji bytu.

To trochę smutne, że A. Rook na przykładzie swojej bohaterki sprowadza czytelnika na ziemię, ale jest w tym wszystkim również jakiś przekąs. Anna mimo wszystko jest bardzo sympatyczna, łatwo jest zrozumieć jej postępowania i przełożyć na rzeczywiste realia. Nie udaje się w życiu - uciekam, nie udaje się dalej - zatapiam smutki. Szukając pracy, która pozwoli jej przeżyć każdy kolejny miesiąc trafia do całkiem osobliwego domu bogatej rodziny, która po prostu przysparza o zawrót głowy - czytelnika i samą Annę. To co zaczyna dziać się w tym domu nakręca akcję, rozładowuje napięcie i po prostu zaczyna się dobra zabawa, może trochę kosztem głównej bohaterki, bo jej nie zawsze było do śmiechu, ale jednak napięcie gdzieś ucieka i lektura nabiera barw.

Nie jest to książka doskonała - poczynania głównej bohaterki mimo, że zrozumiałe czasami też irytują, a akcja rozkręca się dopiero w drugiej połowie. Jest w tym jednak jakiś urok, bo Anna ma tendencję do pakowania się w kłopoty i to skutkuje wieloma barwnymi wydarzeniami. Więc jest tego po równo - dobrych i złych scen, które jednak przechylają szalę na korzyść tej książki. Zabawne dialogi, humorystyczne opisy poprawiają nastrój a i sama Anna nie jest osobą, której nie da się nie lubić. Jej pech kieruje ją zawsze do pracodawców o niestety zachwianej psychice i chcąc nie chcąc - zawsze to ona wypada w tym wszystkim najgorzej. 

Mimo wad książka ma pewien urok. To Anna i jej pokręcone życie sprawiają, że "A miało być tak pięknie" gwarantują całkiem przyjemnie spędzony czas. Szczególnie, jeśli nie nastawicie się na wyjątkową powieść a po prostu relaksującą lekturę. Czas spędzony z Anną absolutnie nie był stracony. I choć dobre złego początki, każdy ma prawo do ułożenia sobie życia. Jesteście ciekawi jak zakończą się perypetie głównej bohaterki. Przekonajcie się sami!

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Novae Res.

wtorek, 27 grudnia 2016

"Duch śmierci" Agnieszka Sztajkowska

"Duch śmierci" Agnieszka Sztajkowska, Wyd. Novae Res, Str. 414
 
"Człowiek nie może mieć tego co chce, prawda? A, jeśli może, to tylko małą część tego, czego naprawdę pragnie."

Evelin Shadow ma dwadzieścia trzy lata i do dziś nie może wyzwolić się spod jarzma demonów przeszłości. Pech chciał, że jej matka nie była z grupy tych kochających i pragnąc śmierci córki, rzuciła na Evelin klątwę. Dzień dwudziestych trzecich urodzin miał być również ostatnim dniem jej życia. Na całe szczęście pojawia się ktoś kto może uchronić ją przed niechybną śmiercią. Jednak czy powierzenie życia Bogu Śmierci jest dobrym rozwiązaniem?

Jeśli opis fabuły przywodzi Wam na myśl mit o Persefonie i Hadesie - podążacie w tym samym kierunku co ja. Jest to może bardzo swobodna interpretacja, która ma niewiele wspólnego z mitologią, ale to bardzo podobny motyw i utrzymany w równie ciekawej formie. Evelin jest bohaterką, która mimo tragicznej historii nie przeżywa szczególnie swojego losu, boi się, ale nie dramatyzuje, co przyjęłam z ulgą, bo kolejnej marudniej bohaterki już bym chyba nie zniosła. Dziewczyna jest całkiem przyjemna w odbiorze i stanowi dobry kontrast dla Viktora, Mrocznego Pana Śmierci. 

"Duch śmierci" opiera się przede wszystkim na wątku miłosnym, ale nie jest to skrajny kierunek w jakim podąża fabuła. Właściwie nawet gdyby tak faktycznie było, to nie miałabym nic przeciwko, bo uczucie jakie rodzi się między tą dwójką jest niesamowite. Viktor przejawia dwie osobowości - raz pokazuje się od mrocznej strony, która przystoi przy jego zawodzie, a raz z czułością zwraca się do Evelin. I robi to w taki sposób, że mimowolnie moje serce zaczynało bić szybciej. I choć ich bajka jest w pewien sposób piękna, jest przy tym również bardzo smutna. Dobrym przykładem jest zakończenie losów bohaterów, choć skrycie liczę na to, że to jeszcze nie koniec. Nie mogę też nie zauważyć, że chociaż prym wiedzie wątek romantyczny, to historia ma również drugie dno - gdzieś pomiędzy wierszami pokazuje się wątek fantastyczny: swoją drogą nawet trochę przerażający. Klątwa wisząca nad główną bohaterką przysparza o zawrót głowy, bo wprowadza do historii kilka mroczniejszych scen, nawet trochę przerażających.

W fabule można wyczuć, że autorka stawia pierwsze kroki w świecie pisarzy, ale robi to z dużą wprawą i jeśli tak mają wyglądać jej kolejne powieści czy być nawet lepsze - biorę je w ciemno. Dobrze napisana fabuła mocno konkuruje z sympatycznymi bohaterami, a pomysł na rozgrywane wydarzenia zaskakuje od początku do końca. W dodatku sama fabuła prowadzona jest lekko i dynamicznie, przez co czyta się błyskawicznie. I nawet trochę jest mi przykro, że historia tak szybko dobiegła końca.

"Duch śmierci" kryje w sobie potencjał. Uważam, że to jeden z ciekawszych debiutów jakie czytałam i zasługuje na sporą uwagę. Może kryje w sobie pewną schematyczność, ale jest ona na tyle subtelna, że w żaden sposób nie irytuje. Pomysł na powieść fantastyczną rodem z demonicznego świata okazał się idealnie trafiać w mój czytelniczy gust i liczę skrycie, że to nie koniec przygód Evelin i Viktora. Ze swojej strony - zachęcam!

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Novae Res.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Przedpremierowo: "Tajemne miasto" C.J. Daugherty, Carina Rozenfeld

"Tajemne miasto" C.J. Daugherty, Carina Rozenfeld, Tyt. oryg. The Secret City, Wyd. Otwarte, Str. 336
PREMIERA: 11 stycznia 2017r.

"Nigdy nie widzieli zwiastuna, który zbliżałby się do nich, niosąc śmierć. Nie mieli nawet pojęcia, że istnieje taka istota jak zwiastun. „Mój Boże, chciałbym żyć w tak błogiej nieświadomości”."

Nic nie wskazywało na to, że "Tajemny ogień" trafi do grona moich ulubionych lektur. A jednak tak właśnie się stało. W dodatku zakończenie pierwszego tomu pozostawiło w mojej głowie sporo pytań bez odpowiedzi i po protu nie mogłam przepuścić okazji, by w końcu przeczytać o kolejnych wydarzeniach Taylor i Sachy. Liczyłam na moc atrakcji i po raz kolejny się nie zawiodłam.

Powieść trafiła do mnie przede wszystkim przez bohaterów w których zakochałam się już w pierwszym tomie. Uwielbiam postacie żywiołowe, dynamiczne, o ludzkich cechach charakteru, które z łatwością można wyobrazić sobie w realnym świecie. Taylor i Sacha należą właśnie do grona takich bohaterów - są nie tylko wielowymiarowi, ale przede wszystkim barwni: mają wszystkie te cechy, które pozwalają im nabrać pełnych kształtów w wyobrażeniach czytelników. I co najważniejsze - nie zmieniają się w kontynuacji. Powitali mnie jak starzy dobrzy znajomi, na których wiem, że zawsze mogę polegać.

"Tajemne miasto" to wynagrodzenie całego czasu oczekiwania na kolejne przygody Taylor i Sachy. Pierwszy tom nie wahał się wprowadzić do wydarzeń sporej dawki magii, klątwy i emocjonujących zwrotów akcji, ale dopiero w kontynuacji przyszło mi się zmierzyć z konsekwencjami losu przypisanego dwójce głównych bohaterów. Mam wrażenie, że drugi tom to przedstawienie sprawy w intensywniejszym świetle - Taylor doskonaląc swoje umiejętności pokazuje na co naprawdę ją stać i jaka siła w niej drzemie, a Sacha zgłębiając sekrety tajemnych ksiąg dowiaduje się o przeszłości swojej rodziny zaskakujących faktów. I choć pierwszy tom zaskoczył mnie dynamizmem, to w drugiej części serii zmierzyłam się z naprawdę szybką akcją, bo tutaj dzieliły mnie zaledwie dni od uchronienia Sachy przed niechybną śmiercią. Dwójce bohaterów zostało siedem dni do tego, by odnaleźć rozwiązanie zagadki, ale demony nie pozwolą nikomu wygrać.

Poznanie tej historii to wielka przygoda. Zmierzyłam się z wielką dawką emocji i jeszcze większymi nadziejami, bo akcja pędząc na złamanie karku nie dała mi ani chwili wytchnienia. Tego było mi trzeba - fabuły po brzegi wypełnionej tajemnicami, morderczej walki z demonami i wyścig na śmierć i życie. Kontynuacja nie zawodzi, wręcz przeciwnie - jest jeszcze lepsza niż pierwszy tom i aż trudno się powstrzymać od błyskawicznego czytania, bo tego wymaga tempo akcji, ale z kolei trudno się szybko rozstawiać z ulubionymi bohaterami.

Drugiego tomu serii Tajemny ogień nie czyta się tylko dla czystej przyjemności, ale i z konieczności. Jeśli już przeczytacie pierwsze strony sami zrozumiecie - od tej powieści po prostu nie da się oderwać. "Tajemne miasto" ma w sobie cechy idealnej kontynuacji - nie nudzi, a intryguje. Nie bawi się w schematy, a ponownie wprowadza coś nowego i świeżego. Według mnie właśnie tak powinna wyglądać dobra powieść fantastyczna - serii duetu Daugherty i Rozenfeld absolutnie niczego nie brakuje. Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

sobota, 24 grudnia 2016

"Tajemny ogień" C.J. Daugherty, Carina Rozenfeld

"Tajemny ogień" C.J. Daugherty, Carina Rozenfeld, Tyt. oryg. The Secred Fire, Wyd. Otwarte, Str. 392

"Taylor przeszło przez myśl, że w widoku twardego człowieka o krwawiącym sercu jest coś przygnębiającego. Wydaje się wtedy zaskoczony, zupełnie jakby w momencie, gdy pęka mu serce, uświadamia sobie, że je ma."

Dwójka bohaterów. Dwa światy. Jedno przeznaczenie. Tak w skrócie można opisać fabułę książki duetu Daugherty i Rozenfeld. Właściwie nie powinnam nic więcej dodawać, bo zdanie wstępu w zupełności wystarczy do tego, by zachęcić każdego niezdecydowanego czytelnika. Wiem to doskonale, bo sama nie byłam przekonana do powyższej lektury, ale zaryzykowałam - i absolutnie tego nie żałuję.

Powieść zaczęła się niewinnie, zaledwie od przedstawienia głównych bohaterów, którzy zaważyli na całej mojej opinii. Nie byłam przygotowana na to, że Taylor i Sacha wkroczą z przytupem do mojego czytelniczego serca i pozostaną w nim na długi czas. Z reguły nie angażuję się tak mocno w powieści fantastyczne, bo chociaż je lubię i chętnie po nie sięgam - nie utożsamiam się z rozgrywanymi wydarzeniami na tyle, by angażować się w nie emocjonalnie. A tym razem już na wstępie poczułam się przegraną, ale na sposób naprawdę pozytywny. Daugherty powołała do życia zaskakująco realne postacie, pełnowymiarowe, mocno osadzone w ramach powieści a jednocześnie lekkie w odbiorze i bardzo wiarygodne. Nadzwyczaj łatwo przyszło mi postawienie się na ich miejscu i zrozumienie sytuacji w jakiej się znaleźli, chociaż nie była ona ani łatwa, ani oczywista.

Taylor Montclair pochodzi z Anglii i nie podejrzewa, że drzemią w niej tajemne mocne. Wszystko w jej życiu toczy się swobodnym rytmem do czasu, gdy przychodzi jej udzielać korepetycji Sachy, który mieszkając we Francji za nic ma sobie angażowanie się w naukę. W końcu i tak nie ma przyszłości i tylko on sam wie, że to zupełnie bez sensu. A jednak upór i temperament dziewczyny zwracają jego uwagę i przyciągają, choć zupełnie nie wie dlaczego. Nie jest jednak trudno zaobserwować, że łączy ich przede wszystkim świeżość, brak schematyczności czy po prostu mocny temperament. Obydwoje są jakby idealnie dla siebie stworzeni i nie mogłam im nie kibicować przez całą powieść. Właśnie takich bohaterów w powieściach mi brakuje - wiarygodnych, pełnowymiarowych, z ciętym językiem i poczuciem humoru. Oraz takich, którzy nie wahają się przed wkroczeniem w nieznane kiedy wymaga tego sytuacja i nie boją się stanąć oko w oko ze strachem.

Klątwa rzucona setki lat temu na rodzinę Sachy inicjuje rozwój kolejnych wydarzeń - Taylor nie daje za wygraną a Sacha poddaje się jej uporowi. Chwała im za to, bo dzięki temu akcja dynamicznie podąża na przód i nie ma mowy o przestojach w fabule. W połowie lektury nie tylko chciałam, ale i musiałam przerzucać kolejne strony z co raz większym zaangażowaniem śledząc rozwój sytuacji, bo duet autorek, który stworzył tą powieść spisał się na medal i wprowadził nie tylko niesamowicie dograne z wydarzeniami napięcie, ale przede wszystkim - tajemnicę, którą trzeba poznać jak najszybciej, a która wcale nie jest taka łatwa do zrozumienia. 

Nie byłam przygotowana na emocje, które spotkałam w fabule. Nie byłam przygotowana na bohaterów, których polubiłam. Nie byłam przygotowana na zaskakujący obrót wydarzeń. Bardzo się z tego ciesze, bo w końcu znalazłam książkę, w której nie dostrzegłam schematów. Macie ochotę na wątek romantyczny? Proszę bardzo - sama byłabym ogromnie zawiedziona, gdyby Sacha nie zakochał się w Taylor. Ale nie liczcie na to, że ich relacja będzie choć odrobinę słodka jak każda poznana przez nas lukrowa historia. Chcecie sekretów, tajemnic, czegoś nieoczekiwanego? W takim razie trafiliście idealnie, choć nie liczcie, że rozgryziecie o co w tym chodzi już na samym początku. "Tajemny ogień" to książka z tych, po które sięga się dla czystej przyjemności czytania. Polecam!

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Otwarte.

piątek, 23 grudnia 2016

"Zostaw mnie" Gayle Forman

"Zostaw mnie" Gayle Forman, Tyt. oryg. Leave Me, Wyd. Prószyński i S-ka, Str. 432

"Wierzę, że pani serce jest zdrowe – powiedziała – Lekarze dobrze się o panią zatroszczyli. Jeśli jednak zależy pani na tym, żeby się lepiej poczuć, tak naprawdę lepiej, to teraz musi się pani jeszcze zatroszczyć sama o siebie."

Obawiałam się tej książki i to bardzo. Forman znam z każdej możliwej strony, tej dobrej ("Ten jeden dzień", "Ten jeden rok") i tej nie do końca udanej ("Zostań, jeśli kochasz"). Nie wiedziałam czego mogę się spodziewać po jej najnowszej książce, ale jak się okazało "Zostaw mnie" pozytywnie mnie zaskoczyła.

Potrzebowałam chwili, żeby odnaleźć się w fabule i nie ma co ukrywać - przebrnąć przez mało ciekawy wstęp. Jednak ze strony na stronę nudnawa akcja zaczęła ustępować miejsca sporemu zaciekawieniu, bo autorka tym razem postawiła na subtelność rozgrywanych wydarzeń z dużą dozą niepewności tego, co kryje się na kolejnych stronach. 

Maribeth Klein otrzymała wszystko o czym mogła marzyć: dwójka cudownych dzieci i mąż stanowią jej małą rodzinę, którą kocha nad życie. A jednak coś sprawia, że nie wytrzymuje i po prostu pęka. Wieczne zmęczenie, spełnianie swoich obowiązków i brak chwili dla siebie sprawiają, że w wieku 45 lat Maribeth ma zawał. I to najbardziej wyprowadza ją z równowagi. Czym zasłużyła sobie na to, żeby przeżyć życie na zasadach dyktowanych przez ludzi z zewnątrz? Więc kobieta się buntuje i... wsiada do pociągu, zostawiając za sobą obecne życie. To duży szok dla wszystkich, łącznie z czytelnikiem, bo bohaterka nie wydawała się aż tak silna. A jednak zerwała ze stereotypem kobiety-matki i fascynuje swoją postawą, która wbrew przyjętym zasadom pozwala odetchnąć umęczonej kobiecie. Wyruszając w podróż po nieznane intryguje tym co ją spotka i jak rozwinie się cała sytuacja. Bo pojawia się podstawowe pytanie, czy taki krok coś zmieni?

Autorka poruszyła ponadczasowy temat zapracowania i braku wolnego czasu w rodzinie, którą choć kochamy, czasami mamy ochotę na chwilę opuścić. Forman spełniając ciche oczekiwania kobiet pokazała całe następstwo konsekwencji podobnego zachowania i warunków nie do końca sprawiedliwej przeszłości. Bo musicie wiedzieć, że nasza główna bohaterka nie miała łatwego dzieciństwa co w dużej mierze zaważyło na jej obecnym zachowaniu. Czy można jej jednak wybaczyć opuszczenie rodziny? Myślę, że to odpowiedź bardzo subiektywna, choć ja sama rozumiem decyzje Maribeth.

Wbrew pozorom "Zostaw mnie" to nie jest smutna historia. Na pewno pouczająca, ale absolutnie nie jest smutna. Dużo w niej zabawnych dialogów, nieoczekiwanych zwrotów akcji i przede wszystkim bardzo sympatycznych bohaterów, których poznaje na swojej drodze główna bohaterka. To lektura, która zmusza do myślenia i zapada w pamięć. Forman stanęła na wysokości zadania i spisała się na medal. Dlatego polecam - zdecydowanie!

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

czwartek, 22 grudnia 2016

"Atrament i krew" Rachel Caine

"Atrament i krew" Rachel Caine, Tyt. oryg. , Wyd. Amber, Str. 

Rok 2025. Biblioteka Aleksandryjska. Kontrola świata wiedzy i nauki. Tak właśnie prezentuje się miejsce akcji w najnowszej serii Rachel Caine. Brzmi jak marzenie mola książkowego, prawda? To alternatywna wizja świata,w której Wielka Biblioteka nigdy nie uległa zniszczeniu, a zachowane w niej publikacje kryją w sobie wiedzę całego świata. Jest jednak jeden problem - w tym świecie wszelkie obcowanie z książkami jest również surowo karane. I jak w każdym świecie niezależnie od jego alternatywnej wizji - są dobrzy i źli, którzy kochają książki na tyle by podjąć się handlu i przemytu oraz ci, którzy nienawidzą ich do tego stopnia by palić i niszczyć...

Brzmi pomysłowo, prawda? Tak jest w rzeczywistości. Muszę zwrócić autorce honor, bo pamiętam jej wcześniejszą serię Wampiry z Morganville, która przypadła mi do gustu, ale jednocześnie nie była szczególnie wymagająca. Natomiast pierwszy tom cyklu Wielka Biblioteka zapowiada się naprawdę imponująco - wskakuje na wyższy poziom, warty uwagi wszystkich fanów fantastyki. Tutaj temat literatury miesza się ze światem alchemii i magii i dzięki temu tworzy niezawodny klimat. Jest tylko jeden problem - autorka rzuca nas od razu na głęboką wodę. Z jednej strony to dobre rozwiązanie, bo ten kto ma na to ochotę i tak zaangażuje się na tyle, by zrozumieć ten nowy świat. Ale czytelnik mniej wytrwały może porzucić lekturę na początku, bo nie odnajdzie się w fabule. A szkoda, bo jest ona zdecydowanie warta poznania od początku do końca.

To dobra powieść, szczególnie dlatego, że wszechobecny ostatnio wątek miłosny został odsunięty na dalszy plan. To bardziej uniwersum świata, w którym moglibyśmy się znaleźć, gdyby magia była wszechobecna. Główny bohater, Jess, jest człowiekiem zupełnie nieskomplikowanym, można go bardzo łatwo rozpracować i chociaż widać, że Caine starała się nadać mu rysów konkretniej postaci, to on po prostu nie lubi wpasowywać się w konkretne ramy - jest człowiekiem czynu, krętaczem i oszustem, który lubi manipulować nie tylko światem jaki go otacza, ale i samym czytelnikiem. Na polecenie ojca angażuje się w niebezpieczną sieć przemytników książek, ale korzysta na tym jak może - uczy się i czyta, więc w żadne sposób nie możemy mu zarzucić, że nie ma pomysłu na siebie. Przyznaję - polubiłam go i to bardzo, jest po prostu bardzo wiarygodny z tym co robi a jego charakter może ma pewne rysy, ale przez to lubię go jeszcze bardziej.

Nigdy nie czytałam książki, w której to świat przedstawiony jest najważniejszy. Nie liczą się bohaterowie, nie liczy się nawet sama magia. Najważniejsza jest Wielka Biblioteka, która skrywa w sobie całą masę tajemnic. Nadaje to powieści charakteru i miejscami nawet mrocznego klimatu, bo w zakamarkach Biblioteki kryją się mroczne demony, odbijające się na charakterze wielu bohaterów. Odniosłam wrażenie, że w tej powieści postacie dzielą się na dwie kategorie: złych i bardziej złych. Nie ma tutaj chyba czystej, dobrej postaci, która mogłaby rozgonić ciężką atmosferę. 

Podsumowując - "Atrament i krew" to lektura dla fanów powieści fantastyczny, w której dzieje się naprawdę wiele. Akcja płynnie rusza do przodu już od pierwszych stron a im dalej w lekturę: tym więcej tajemnic, sekretów i mrocznych wydarzeń. Rządzący Wielką Biblioteką przyprawiają o dreszcz przerażenia. Jesteście na to gotowi?

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Amber.

środa, 21 grudnia 2016

"Pieśń Dawida" Amy Harmon

"Pieśń Dawida" Amy Harmon, Tyt. oryg. The Song of David, Wyd. Editio, Str. 312

"Jeśli to oznacza, że nie mam klasy, niech tak będzie. Mogę z niej zrezygnować, żeby chociaż w małym stopniu spełniać swoje marzenie. Bo lepiej realizować je w małym stopniu niż w ogóle."

Znacie te powieści, które trafiają do serca czytelnika z siłą pocisku przede wszystkim dlatego, że nie spodziewa się on potężnego pokładu emocji? O samej niesamowitej fabule nie wspominając? W tej kategorii znalazła się właśnie pierwsza powieść Harmon "Prawo Mojżesza", która po prostu zaparła mi dech. Nigdy w życiu nie podejrzewałabym, że taka jedna, niepozorna historia tak mocno trafi do mojego serca. A jednak stało się - i cieszę się ogromnie, że powstała kolejna książka w tym temacie, bo brakuje mi takich lektur: emocjonalnych, pięknych, wartościowych.

Piękna okładka kryje w sobie równie piękne wnętrze. Myślę jednak, że największe wrażenie wywrze na Was powieść w momencie, gdy nie będziecie niczego się spodziewać. Przygotujcie się na dobrą historię, ale nie wychodźcie przed szereg, nie nastawiajcie się na fabułę, która zwali Was z nóg - pozwólcie jej po prostu płynąć swobodnie, a w tedy zyskacie większy efekt. U mnie sprawdziło się to idealnie w przypadku pierwszego tomu, bo gdy decydowałam się już na lekturę "Pieśni Dawida" byłam po uszy zakochana w twórczości autorki.

To nie jest łatwa fabuła, bo i bohater nie należy do najłatwiejszych osób. Dawid Taggert to mężczyzna pełen aspiracji, który nie potrafi spokojnie siedzieć w miejscu, kiedy wie, że życie ma dla niego całą masę atrakcji. Szuka, wypatruje, robi wszystko, by nakreślić swoje życie intensywniejszymi barwami. Jest niespokojną duszą, która kompletnie mnie kupiła i oczarowała na tyle, że chociaż wiedziałam błędy jakie popełnia - wcale nie miałam mu tego za złe. Nie potrafię przechodzić obojętnie obok takich postaci - zagubionych, niedocenianych, które mimo przeciwności losu wciąż walczą.

Amy Harmon swoimi historiami potrafi poruszyć nawet najtwardszych czytelników. Jej książki są przepełnione bólem, tragedią i okrucieństwem losu, z malutkim światełkiem w tle, zwiastującym, że nie wszystko musi być złem wcielonym. A w tym wszystkim pojawia się miłość - skomplikowana, ale piękna zarazem. Dawid jest w związki z Millie - dziewczyną odważną i bardzo silną, która mimo braku wzroku żyje jak normalny człowiek. Więc gdy pewnego dnia Dawid znika bez żadnej zapowiedzi - to właśnie ona musi stawić czoła całej sytuacji. I nie waha się ani chwili, bo nie uważa się za kogoś gorszego i wiedziała, że tylko ona ma wpływ na swojego chłopaka.

To cudowna powieść, w każdym możliwym aspekcie. Pęka od nadmiaru emocji - smutku, nostalgii, złości na poczynania głównego bohatera, radości i dumy z postawy Millie. To historia, która podobnie jak "Prawo Mojżesza" przenika do krwi. I choć całkiem łatwo jest zorientować się dlaczego zniknął Dawid, nie odejmuje to powieści uroku - nie o to tutaj chodzi. Przede wszystkim Waszą uwagę przykuje rozwój wydarzeń, który nawiąże do ponadczasowych wartości i przeświadczenia, że każdy zasługuje na miłość. Gorąco polecam!

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Editio.

wtorek, 20 grudnia 2016

"Prawo Mojżesza" Amy Harmon

"Prawo Mojżesza" Amy Harmon, Tyt. oryg. The Law of Moses, Wyd. Editio, Str. 360
 
"Gdyby twój mózg nie miał pęknięć, twój geniusz nie miałby jak wydostać się na zewnątrz. Wiesz o tym?"
 
Od książek ocenianych przez wszystkich jako idealne w każdym calu trzymam się z daleka. A przynajmniej staram się sięgać po nie dopiero po czasie, żeby móc ocenić je jak najbardziej subiektywnie. Dlatego bardzo obawiałam się powieści Harmon - zainteresowanie jej książkami wciąż wisi w powietrzu. Musicie jednak przyznać, że nie da się oprzeć historii która kusi tak uroczą okładką. Więc przełamałam się, zaryzykowałam i... przepadłam. 

Mojżesza naleziono w koszyku, dokładnie tak jak proroka, po którym odziedziczył imię. Jednak ten współczesny nie miał zbyt wiele wspólnego z religijną przypowieścią. Pochodzący z patologicznej rodziny, wychowany wśród nałogów, nigdzie nie mógł odnaleźć własnego miejsca. Do czasu, gdy trafił do domu Gigi. Jednak historia tego chłopca od początku nie była kolorowa i choć z góry skazano go na porażkę, nikt nie powiedział, że nie ma prawa walczyć.

Historia Mojżesza jest piekielnie emocjonalna. Podwójna narracja daje emocjonalnego kopa, szczególnie w przypadku głównych bohaterów - mocno wykreowanych i przy tym bardzo rzeczywistych, zagubionych i pełnych nieokreślonych emocji, które targały nimi tak jak czytelnikiem w czasie całej lektury. Wszystko w tej książce splata się ze sobą i rozplata, wyjaśnione zjawiska ustępują miejsca tym nie do końca rzeczywistym i czasami trudno odpowiedzieć na pytanie, czy to zdarzyło się naprawdę. Bo musicie wiedzieć, że w tej lekturze nic nie jest oczywiste - jednak zdecydowanie wyjątkowe.

Autorka stworzyła niecodzienne dzieło nie tylko dzięki samej historii, ponieważ kluczową rolę miał tutaj jej styl - zwiewny, lekki, a jednocześnie mocny w przekazie i bardzo obrazowy. Jeszcze nie spotkałam się z autorką, która w jednym zdaniu potrafiłaby wyrazić tak wiele emocji z obietnicą na jeszcze więcej przy poznawaniu kolejnych słów. To wielka zasługa Harmon, która z pewną ręką kreśliła kolejne wydarzenia, powołała do życia pełnokrwistych bohaterów i wierzyła w to co robi, żyjąc życiem, które właśnie opisywała. Zaangażowanie i dopracowanie wpłynęło na całość bardziej niż można by przypuszczać - stworzyło niebanalną powieść, która pozostaje w pamięci na długi czas.

Ta powieść jest jak emocjonalna podróż w głąb krainy bez końca, gdzie uczucia to droga, która chociaż prowadzi nas w nieznane - nie niesie z sobą lęku. "Prawo Mojżesza" jest historią, która łamie wszelkie możliwe schematy i robi z to z taką bezczelną arogancją, że jestem z niej ogromnie dumna. Piękna, zjawiskowa, z duszą i prawdą na wyciągnięcie ręki. Ta książka jest moim odkryciem roku!

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Editio.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

"Prosto z ambony" Krzysztof Daukszewicz

"Prosto z ambony" Krzysztof Daukszewicz, Wyd. Szelest, Str. 232

Nigdy nie odmówię żadnej, dobrze rokującej książce. Lubię wzywania, biorę w ciemno wszystko co intryguje i zawsze jestem otwarta na nowe gatunki. Tym właśnie sposobem stanęłam oko w oko z najnowszą książką pana Daukszewicza, którego postać do tej pory nie była mi obca, ale i nie zagłębiałam się w jego twórczość jakoś szczególnie. A muszę przyznać - szkoda, bo jak zauważyłam autor poczuciem humoru dorównuje mojemu podejściu do świata i kupuję przez to wszystko, co z nim związane.

Publikacja "Prosto z ambony" to zestaw ponad pięćdziesięciu felietonów, bardzo krótkich, bo pisanych zaledwie na dwie, trzy strony. Ale za to jakich wciągających! Czytałam gdzieś w internecie, że pana Daukszewicza albo się kocha, albo nie zwraca się na niego uwagi, z czym kompletnie nie mogę się zgodzić, bo to osobowość tak barwna i piekielnie inteligentna, że grzechem byłoby nie poświęcić jego osobie choćby chwili zainteresowania. Sama nie byłam jego wielką fanką do czasu przeczytania najnowszej książki, ale wiem już, że to na pewno się zmieni.

Jak już wspomniałam wcześniej autor szybko przekonał mnie do siebie poczuciem humoru, błyskotliwością, inteligencją i sarkastycznym podejściem do świata. Nie tracąc przy tym zdrowego rozsądku. Pisanie felietonów nie jest łatwą sprawą, ale pisanie felietonów satyrycznych i to takich, które z miejsca trafiają do odbiorcy - to rzecz na pierwszy rzut oka niemożliwa. Bo przecież każdy z nas ma inne poczucie humoru, każdy lubi narzekać, ale jeśli czytamy o czymś co nas dotyczy i - o zgrozo! - jeszcze uda nam się spojrzeć na tekst tak, że odnajdziemy siebie w roli głównej, to zaraz się obrażamy, uważamy że to wcale nieśmieszne i oczywiście zupełnie niefajne. 

Natomiast Krzysztof Daukszewicz pisze, bo to jego sposób na życie, rewelacyjnie się w tym wszystkim odnajduje i przy tym nikogo nie krzywdzi. Jego felietony są zabawne, wielokrotnie uśmiechałam się sama do siebie, a kilka razy nawet śmiałam w głos i choć starałam się znaleźć jakieś minusy, nie znalazłam ani jednego. Każdą napisaną historię czyta się w mgnieniu oka nie tylko dlatego, że jest ona krótka, ale przede wszystkim dlatego, że jest bardzo prawdziwa. Owszem, autor jest zapalonym miłośnikiem wertowania lasów i stąd tytuł - odnośnie leśnej ambony, ale dla mnie właśnie ten leśny klimat nadał całości uroku. Pojawiło się sporo odnośni do polowań, historii z łowiectwa, ataków lisów, dzików i nawet wielkanocny królik zarabiający na swoje studia! Niemożliwe? Nie w tym przypadku.

"Prosto z ambony" to niesamowicie pozytywna publikacja gromadząca w sobie felietony zmieniające się w proste, dowcipne historie. Ale nie takie, które gorszą, wyśmiewają się z wybranych osób czy grają na uczuciach. W tej publikacji stanęłam oko w oko ze smaczną satyrą, która bawi i intryguje, a co dla mnie najważniejsze - odnosi się z wielkim szacunkiem do natury. Chciałabym ogromnie, żeby ta lektura trafiła do szerokiego grona odbiorców, bo żal byłoby, gdyby przeszła w świecie czytelników bez echa. Każdy, bez wyjątku powinien sięgnąć choćby po wybrane felietony i nawet nie chcę słyszeć, że forma antologii nie jest dla nas. Wierzcie mi - dla mnie też nie, a jednak w tej książce po prostu się zakochałam. Prostota, styl, swoboda, inteligencja, humor - czy powinnam wymieniać dalej? To jedynie pojedyncze atuty, które wpatrzycie przy każdej kolejnej historii. Gorąco polecam!

niedziela, 18 grudnia 2016

"Ostatnia z rodu Brontë" Catherine Lowell

"Ostatnia z rodu Brontë" Catherine Lowell, Tyt. oryg. The Madwoman Upstairs, Wyd. Prószyński i S-ka, Str. 440

Jako wielka fanka powieści sióstr Brontë lubię sięgać po wszystko co ma związek z tą rodziną. Dlatego, gdy pojawia się powieść fabularna dotykająca prawdziwych wydarzeń związanych z tym nazwiskiem, z przyjemnością zasiadam do lektury i nastawiam się na dobrą powieść. Tylko czy na pewno?

Nie będę Was trzymać w niepewności - tak, książka jest naprawdę niczego sobie, jeśli tylko przygotujecie się na to, że styl autorki jest bardziej kojący niż przyspieszający bicie serca. Fabuła swobodnie porusza się na przód, powoli wprowadza czytelnika w świat bohaterów i oprowadza go po barwnych drogach. Widoki są urocze, bohaterowie ciekawi i fabuła warta uwagi, ale cały ten dynamizm dał mi trochę popalić, bo gdyby zwiększyć trochę akcję, to wszystko nabrałoby większego uroku. Mam jednak wrażenie, że to urok debiutów i wierzę, że w kolejnych powieściach autorka rozwinie skrzydła

I choć mogę sobie ponarzekać na ten aspekt, to od postaci głównej bohaterki nie mogłabym wymagać więcej. Ogromnie przypominała mi moje własne wyobrażenie na temat którejś z sióstr Brontë a jej wielowymiarowa postać spełniła moje oczekiwania. Samantha Whipple mocno odzwierciedla charakter ówczesnych czasów, ale przy tym rozbraja poczuciem humoru i lekkością wobec świata. Więc gdy odziedzicza po ojcu wszelkie informacje na temat sióstr Brontë i powoli wkracza do ich świata, doskonale się w tym wszystkim odnajduje. Na początku jej sceptycyzm wydaje się zrozumiały i sama pewnie na jej miejscu zachowywałabym się dokładnie tak samo, ale każde kolejne nieoczekiwane zwroty akcji przekonywały ją do tego, że stare książki z odręcznymi notatkami ojca mogą mieć większe znaczenie niż przypuszczała.

Fabuła prowadziła mnie przez wiele wątków, bo Samantha zdecydowała się na wyprawę w przeszłość razem z profesorem, który miał spore zadatki na mężczyznę życia, z czego wykreował się nam ładny wątek romantyczny. Sama trasa historii i fakty z życia autorek też dobrze wpasowały się w fabułę i było ich akurat tyle, że nie przytłaczały czy nudziły, ale wystarczająco mało, bym miała ochotę podążać kolejnymi stronami, by poznać jeszcze więcej wydarzeń z - jak się okazało - intrygującego życia Brontë.

Więc jak sami się domyślacie "Ostatnia z rodu Brontë" to lektura spokojna i przyjemna, ale przy tym pomysłowa i w żaden sposób nie nużąca. Czyta się ją łatwo i przede wszystkim bardzo szybko, a fakty z życia wzięte stanowią nie małą gratkę dla fanów sióstr Brontë. Jestem w pełni usatysfakcjonowana lekturą i zadowolona z debiutu Lowell na tyle, że chętnie przeczytam jej kolejne powieści.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

sobota, 17 grudnia 2016

"Niewidzialne życie Iwana Isajenki" Scott Stambach

"Niewidzialne życie Iwana Isajenki" Scott Stambach, Tyt. oryg. The Invisible Life of Ivan Isaenko, Wyd. Prószyński i S-ka, Str. 360

"Kiedy skończyłem, miałem przed sobą trzy naczelne zasady, które nazywam Trzema Zasadami Iwanizmu:
1. Nie istnieje żaden Stwórca, w każdym razie nie w takim sensie, na jaki mamy nadzieję;
2. Nie ma fatum, przeznaczenia, żadnych odwiecznych praw, które mówią nam, jak powinien wyglądać ten świat;
3. Jedyny porządek wszechświata tworzą prawa fizyki – jeśli ich nie liczyć, wszechświat jest amoralny i chaotyczny."

Zapraszam Was w podróż po bardzo nietypowej historii, która pozostawiła w mojej głowie mnóstwo pytań bez odpowiedzi. Potrzebowałam chwili wytchnienia po jej skończeniu, żeby móc uporządkować sobie wszystko w głowie, ale przy znajomości całej lektury czuję się bardzo usatysfakcjonowana tym co przeczytałam.

Główny bohater - Iwan Isajenko jest chłopcem zupełnie nietypowym i rozgryzienie jego charakteru zajęło mi trochę czasu. Ma siedemnaście lat, defekt, który nie pozwala mu funkcjonować jak normalny człowiek i mieszka w Szpitalu dla Ciężko Chorych Dzieci w Mazyrzu na Białorusi. Żeby umilić swoje szare dni wymyśla własny świat, który pomaga mu choć odrobinę cieszyć się życiem. I czyta książki, co zafascynowało mnie najbardziej, bo dawno nie spotkałam żadnej osoby (czy to fikcyjnej, czy literackiej), która z takim oddaniem szanowałaby każdą powieść. Iwan ma jednak upodobanie do sarkazmu i wisielczego humoru, który uwielbiam, ale który w jego wydaniu jest zupełnie nietypowy i trzeba się z nim chwilę zapoznawać, żeby go zrozumieć. Niewątpliwie jednak Iwan jest postacią wielowymiarową i barwną jak mało kto, więc zapałanie do niego sympatią nie jest niczym trudnym.

Sam temat fabuły wydaje się bardzo abstrakcyjny, bo okładka wprowadza do bardziej baśniowego świata, a z kolei sam tekst mocno sprowadza czytelnika na ziemię. Iwan ma tendencję do przekraczania granicy rzeczywistości, ale stanowi to kontrast dla białoruskiej rzeczywistości, w której przestrzenie są ponure, a w szpitalu nikt nie zwraca szczególnej uwagi na dzieci. Więc gdy główny bohater zaczyna nawiązywać relacje z Poliną, miałam ochotę skakać z radości, że w końcu zazna trochę szczęścia. I choć ich początki były trudne a sami nie potrafili zapłać do siebie szczególną sympatią, to czas zmienił ich relację w wielką przyjaźń. Po czym autor rozłożył mnie na łopatki zupełnie nieoczekiwanym zakończeniem i stąd pojawiło się w mojej głowie mnóstwo pytań o których wspominałam - niedopowiedzeń, na których znam odpowiedź, ale usilnie chciałabym ją wyprzeć z podświadomości.

Książka dotyka trudnych tematów samotności, porzucenia dziecka i izolacji od społeczeństwa. Iwan jest zdeformowany fizycznie co kwalifikuje go do grupy osób, z którą nikt nie ma ochoty się zadawać, a z kolei nikt nie myśli o jego uczuciach. To smutne czytać o chłopcu wchodzącym w dorosłość, a jednak nie mającym możliwości poczuć się kochanym i akceptowanym. Autor rewelacyjnie poruszył ten temat w sposób bardzo subtelny, ale na tyle dobitny, by cały ból głównego bohatera był widoczny jak na dłoni.

"Niewidzialne życie Iwana Isajenki" to magiczna historia o której nie zapomnicie na długo po skończonej lekturze. Możecie mi wierzyć, że fabuła jest tak niespotykana a zakończenie tak nietypowe, że po prostu nie można wyjść z zachwytu jak taka niepozorna powieść może namieszać w głowie biednemu czytelnikowi. Piękna i mroczna zarazem, choć opowiadająca wyłącznie o zwykłym życiu. Za to w niezwykły sposób. Polecam!

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

piątek, 16 grudnia 2016

"Mischling, czyli kundel" Affinity Konar

"Mischling, czyli kundel" Affinity Konar, Tyt. oryg. Mischling, Wyd. Prószyński i S-ka, Str. 416

Od jakiegoś czasu zaczytuję się w bardziej poważnej tematyce i odkładam na bok powieści młodzieżowe. Nauczona doświadczeniem wiem, że takie książki czyta się znacznie lepiej, kiedy człowiek dojrzeje i ma szerszy pogląd na sprawę. Kiedyś uciekałam od podobnych książek, a dzisiaj nie mogę się nadziwić dlaczego byłam taka zamknięta na powieści z tego gatunku. Nie ma jednak co roztrząsać przeszłości - chyba, że właśnie tą bardziej wartościową, jak na przykładzie lektury Konar.

Przygotowałam się na fabułę mocno emocjonalną, która da mi popalić pod względem psychicznym, ale chyba nie byłam gotowa na aż tak spory szok. Fabuła płynie spokojnie, nigdzie się nie spieszy, poznajemy wydarzenia krok po kroku, zgodnie z płynącym czasem i relacją bohaterów. I mogłabym się przyczepić do tej swobody akcji, która właściwie porusza się naprzód bardzo monotonnie, ale nie potrafię. To zapewne celowy zabieg, który mocno kontrastuje z rozgrywanymi scenami, bo gdyby nie stosunkowo wolna fabuła, w życiu nie zatrzymałabym się tak długo nad opisywanymi scenami i - nie ma co ukrywać - nie przeżywałabym ich tak mocno.

To co działo się w przeszłości nie jest nam obce, ale boli najmocniej w tedy, gdy poznajemy losy zupełnie przypadkowych ludzi. Wówczas świadomość okrucieństwa tamtejszych realiów wydaje się jeszcze bardziej realna, bo łatwo możemy postawić się po stronie poznawanych bohaterów. W przypadku książki Affinity Konar jest to o tyle możliwe, że bohaterki mamy dwie - bliźniaczki Perłę i Stusię. Obie dziewczynki poznałam wraz z rokiem 1944, kiedy cała ich rodzina trafia do Auschwitz. Tam bliźniaczki tworzą jakby zupełnie inny świat, który bardziej mnie przerażał niż moglibyście przypuszczać. Dwójka małych dzieci odcięła się od całego okrucieństwa i stworzyła krainę tylko sobie znaną, żeby zdobyć choć chwilę upragnionego szczęścia. 

Auschwitz to wciąż trudny temat, który przywołuje mnóstwo bólu, ale przy takich historiach jest to niemal nie do zniesienia. Konar napisała tak przejmującą powieść, że brakuje mi słów na jej opisanie. Perła i Stusia stają się obiektem pożądania chorego z ambicji doktora, który za wszelką cenę chce rozwiązać znaczenie ciąż mnogich i rozpoczyna eksperymenty na dzieciach, które przyprawiają o zawrót głowy. Aż trudno pomyśleć do czego zdolny jest człowiek i jak wiele chorej odwagi musi mieć w sobie, by zadawać tyle cierpienia niewinnym dzieciom.

"Mischling, czyli kundel" to nie jest książka dla każdego. Rujnuje człowieka psychicznie i mocno działa na wyobraźnię, a smutek, żal i przemożny ból stają się nieodzownym towarzyszem podczas całej lektury. Można ją opisać na pewno jednym słowem - wstrząsająca. Ale też obowiązkowa dla wszystkich tych, którzy są na nią gotowi. Polecam!

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Prószyński i S-ka.

środa, 14 grudnia 2016

"Astrologiczny przewodnik po złamanych sercach" Silvia Zucca

"Astrologiczny przewodnik po złamanych sercach" Silvia Zucca, Tyt. oryg. Guida astrologica per cuori infranti, Wyd. Muza, Str. 560

Alice Bassi to singielka, która otwarcie marzy o wielkiej miłości. Wiadomość o ślubie jej byłego chłopaka jest dla niej solidnym ciosem. I choć wszystko idzie nie po jej myśli to pojawia się światełko w tunelu - Tio, młody aktor z zamiłowaniem do astrologii. To pomaga dziewczynie dopasować do siebie odpowiednich partnerów z tego samego znaku i zacząć poszukiwania miłości na większą skalę. Tylko czy właśnie o to w tym chodzi?

Szukałam spokojnej, nieskomplikowanej lektury, która umili mi czas i pozwoli trochę odpocząć od tych bardziej angażujących lektur. Tak właśnie trafiłam na książkę Zucca, która zapowiadała się na całkiem przyjemną lekturę - kto nie ma ochoty czytać o nieszczęśliwych, miłosnych perypetiach singielki podobnej do każdego z nas? 

Przyznam szczerze, że zapowiadało się lepiej niż w końcowym rezultacie się okazało. Początkowo nie miałam przekonania do Alice, która bardziej przygnębiała mnie swoją osobą niż ciekawiła, a jej wzdychanie do każdego napotkanego chłopaka doprowadzało mnie do szału. Nie przypominam sobie, żeby pomiędzy słowem "singielka" i "desperatka" można postawić znak równości, a główna bohaterka właśnie do tego dążyła. Miała pod samym nosem fajnego chłopaka, ale zaślepiona poszukiwaniem swojej idealnej połówki wciąż na nowo zderzała się z murem rozczarowania. Trudno było mi zaakceptować jej charakter, bo kompletnie nie potrafiłam się z nią utożsamić.

Jednak pomijając główną bohaterkę książka zaprezentowała wszystkie cechy, na które liczyłam. Fabuła była spokojna, nie przytłaczała nieoczekiwanymi zwrotami akcji, a same perypetie Alice były na tyle przewidywalne, że nie pojawił się żadne momenty zaskoczenia. Nie ma co ukrywać, że przez to pojawiło się kilka przestojów w fabule, a same ciekawostki astrologiczne nie były na tyle intrygujące, by trzeba było wypatrywać ich z zapartym tchem. 

"Astrologiczny przewodnik po złamanych sercach" to książka, która nie angażuje szczególnie czytelnika, ale ma w sobie pewien urok. Raz nudzi, raz wciąga do fabuły - trzeba po prostu dać jej szansę. Nie żałuję, że sięgnęłam po lekturę, ale nie czuję również potrzeby wracać do niej ponownie. Dlatego wybór pozostawiam Wam - zdecydujecie się?

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Muza.

wtorek, 13 grudnia 2016

"Piąta pora roku" Nora K. Jemisin

"Piąta pora roku" Nora K. Jemisin, Tyt. oryg. The Fifth Season, Wyd. SQN, Str. 440

Są takie książki, które powinien poznać każdy zaangażowany w literaturę mól książkowy. Kto wyznacza trendy i warunkuje jaka powieść zalicza się do tej kategorii - trudno powiedzieć.  Sama zawsze kierowałam się opinią innych czytelników a ci jednoznacznie stwierdzili, że to autorka, której powieści warto poznać. Swoją przygodę rozpoczęłam od jej najnowszej serii i właściwie nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. Miałam świadomość, że może czekać na mnie standardowa powieść fantasy, ale już pierwsze strony "Piątej pory roku" przekonały mnie, że trafiłam na coś nietypowego.

Przede wszystkim początek książki mocno mnie zaskoczył stylem - nie spodziewałam się, że będzie on tak oryginalny. Autorka wypracowała własny charakter pisania, do którego trzeba się przekonać, bo chociaż na samym początku może nie przypaść każdemu do gustu, to im dalej w lekturę, tym większe pojawia się zrozumienie. W dodatku Jemisin lubi zakręcić swoją fabułą jak tylko może. W swojej najnowszej powieści wprowadziła aż trzy na pozór odrębne historie - opowieść pogrążonej w żalu Essun, Sjenit szkolącej się by kontrolować aktywność sejsmiczną ziemi i odrzuconej przez wszystkich Damayi, przejawiającej zdolności magiczne. Ich historie na pierwszy rzut oka wydają się niezależne, choć każda z nich intryguje i wciąga równie mocno - jednak w końcowym rezultacie z zaskoczeniem zobaczyłam, że wszystko stanowiło kompletną całość.

Bez wątpienia autorka ma nieograniczoną wyobraźnię, bo świat jaki wykreowała od początku do końca fascynuje, intryguje i zachęca do kontynuowania przygody. Powieść skupia się na kształtowaniu planety, która nieoczekiwanie wprowadza piątą porę roku. A kiedy ta się zaczyna - rozpoczyna się walka o własne życie. Przyznaje, że wkręciłam się w ten świat przede wszystkim przez samą autorkę, która nie bawiła się w szczególne wyjaśnienia - nieznane słowa, dziwne określenia, nieoczekiwane wydarzenia - wszystko to spotkało mnie już na samym początku fabuły i to ode mnie zależało czy odnajdę się w tym wszystkim czy nie. Dopiero na ostatnich stronach odnalazłam słowniczek znaczeń, ale w tedy już właściwie nie był mi potrzebny. W tedy byłam już częścią tej historii.

Fabuła to jeden wielki splot pędzącej akcji, dynamizmu scen, wielowymiarowych bohaterów i nieoczekiwanych zwrotów akcji. Spora liczba wątków nie przytłacza czytelnika a jedynie kusi do kontynuowania lektury, bo - wierzcie mi na słowo - trudno się od tego wszystkiego oderwać, kiedy już odnajdziecie się w tym nowym świecie.

"Piąta pora roku" to historia zupełnie nietypowa w świecie powieści fantasy.  Po prawdzie nie ma w niej zbyt wielu momentów magicznych, ale ma w sobie urok tego gatunku, kiedy czujemy w powietrzu, że zdarzy się coś nieoczekiwanego i tylko na to czekamy. Proszę Was tylko o to, żebyście nie skreślali tej pozycji z góry - wiem, że początek nie jest zbyt kuszący, ale pozwólcie sobie przeczytać kilka pierwszych stron i przepadniecie bez reszty. Wiem to z własnego doświadczenia. Polecam!

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu SQN.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

"Zgroza w Dunwich i inne prze­ra­ża­jące opo­wie­ści" Howard Phillips Lovecraft

"Zgroza w Dunwich i inne prze­ra­ża­jące opo­wie­ści" Howard Phillips Lovecraft, Wyd. Vesper, Str. 792

"Najstarszym i najsilniejszym uczuciem znanym ludzkości jest strach, a najstarszym i najsilniejszym rodzajem strachu jest strach przed nieznanym." 

"Zgroza w Dunwich i inne prze­ra­ża­jące opo­wie­ści" to zbiór piętnastu opowiadań mistrza grozy. Sporym atutem zbioru jest fakt, że opowiadania zostały ułożone w kolejności chronologicznej, co stanowi niewątpliwie gratkę dla fanów autora. Tym sposobem można poznać jego rozwijający się talent, spojrzeć w tył na pierwsze opowiadanie z jakim zaczynał i zatrzymać się na ostatnim, które pokazuje rozwój jego talentu. Sama przyjrzałam się temu dopiero po skończeniu wszystkich opowiadań i muszę przyznać, że autor zmieniał się w imponujący sposób - chociaż jego powieści są schematyczne i przedstawiają ten sam motyw na wiele różnych sposobów, to nieograniczona wyobraźnia Lovecrafta pozwoliła mu rozwijać swoje historie tak, że nie ma tutaj miejsca na momenty znużenia.

Nie ukrywam jednak, że zbiór może wydać się męczący dla tych, którzy się na to nie nastawią. Trudny dobór słów, przytłaczająca atmosfera, spora liczba opisów i niewielka ilość dialogów sprawiają, że czyta się każdą historię powoli, ale za to z większą uwagą. Nikt też nie każe nam czytać wszystkiego na raz i sama przeplatałam jedno opowiadanie z inną książką, przez co było mi znacznie łatwiej poznawać ten zbiór. Nie czuję się w żaden sposób znudzona ani jedną historią i wiem, że jeszcze nie raz wrócę do wybranych opowiadań dla wszystkich atutów tych minipowieści - niesamowitego klimatu i zaskakującego kierunku rozgrywanych wydarzeń.

Lovecraft w swoich opowiadaniach porusza wiele ponadczasowych tematów. Aż trudno uwierzyć, że w całej tej ciężkiej atmosferze znalazło się miejsce dla czystego strachu, pogańskich kultów czy alchemicznych poczynań, od których można nabawić się zawrotów głowy. Znalazłam w tych opowiadaniach wszystko - od pomysłu na samą treść po zręczne przedstawienie rozgrywanych wydarzeń, ale warunek jest jeden - najlepiej czytać późną nocą. Klimat gwarantowany!

To co przyciąga do tej książki to nie tylko sam klimat, ale rewelacyjnie zaprojektowana szata graficzna. Uroku wydarzeniom dodają mroczne ilustracje, które rewelacyjnie oddają grozę opowiadań. Grafiki połączyły się z samym pomysłem Lovecrafta - są specyficzne, abstrakcyjne, wyjątkowe. Dokładnie takie jak jego opowiadania - budzą przeróżne emocje, które indywidualnie odbijają się od każdego czytelnika.

Pozostaje mi jedynie podziwiać potężną i nieograniczoną wyobraźnię Lovecrafta, w którego stronę kieruję wielki, honorowy ukłon za twórczość, zaangażowanie i stworzenie niesamowitego świata bez granic. "Zgroza w Dunwich i inne prze­ra­ża­jące opo­wie­ści" to zbiór dla wytrwałych, otwartych i odważnych czytelników - nie każdy go pokocha, ale ci którzy się na to zdecydują, wrócą do wybranych opowiadań jeszcze nie raz. Polecam!

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Vesper.

niedziela, 11 grudnia 2016

"The Story of Doctor Dolittle" Hugh John Lofting [ze słownikiem]

"The Story of Doctor Dolittle" Hugh John Lofting, Wyd. Ze słownikiem

Doktor Dolittle i jego zwierzęta autorstwa Hugh Johna Loftinga wydana w 1920r. zaliczana jest do literatury dziecięcej. Głównym bohaterem książki jest tytułowy dr John Dolittle. Lekarz, którego pewnego dnia jego papuga Polinezja, uczy języka zwierząt. Dzięki temu zostaje weterynarzem. Akcja powieści rozgrywa się w pierwszej połowie XIX wieku. Doktor bardzo kocha zwierzęta i surowo przeciwstawia się, gdy są one źle traktowane. Pewnego dnia doktor otrzymuje informację z Afryki, że małpy potrzebują pomocy.


Dzisiaj mam dla Was kolejną propozycję od Wydawnictwa Ze Słownikiem - "Doktor Dolittle i jego zwierzęta". Znacie już ten cykl wydawniczy? Widzieliście pomysłowość wydań?

Przyznaję, że ja jestem zachwycona pomysłem, szczególnie że jak już wcześniej Wam wspominałam, nauka języków obcych idzie mi bardzo opornie, ale z wielką determinacją staram się poznawać co raz to nowsze słowa. Marzy mi się czytanie płynnie w oryginale i wyśmiewanie wydawanych w Polsce książek po kilku latach premiery zagranicznej i choć determinacji mi nie brakuje, idzie mi to wciąż zbyt mozolnie.

Na całe szczęście powstają takie Wydawnictwa jak to, które wychodzą naprzeciw oczekiwaniom czytelników i publikują lektury w oryginale, ale z dużymi pomocami. Przed samą lekturą, na wstępie i po zakończeniu, na ostatnich stronach jest słownik z trudnymi słowami, a w czasie lektury na marginesach wyszczególnione są ważne słówka angielskie przetłumaczone na język polski. To duże ułatwienie, bo nie potrzebuję tak często słownika, a zdarza się, że strony pochłaniam raz za razem i nie zaglądam do niego wcale, posiłkując się jedynie tymi słówkami na marginesach.

Szczególny plus za to, że słówka ułożone są w kolejności alfabetycznej, a nie takiej w jakiej poznajemy je w tekście, bo dzięki temu mogę je odnaleźć błyskawicznie a nie muszę ciągle czytać tego samego, żeby znaleźć jedno słowo.

Mam zastrzeżenia tylko do jednej rzeczy - okładka. Jak dla mnie warto byłoby zrobić ładną, graficzną okładkę przypominającą po prostu normalną lekturę, bo wiadomo: czytelnik jest jak sroka i kusi go to co ładne, a obecne okładki mocno kojarzą się z podręcznikiem do nauki niż zwykłą lekturą. Nie mniej jest to naprawdę dobry pomysł i cieszę się, że powstały tego typu książki. Czyta się szybko, łatwo i przyjemnie - polecam!

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Ze Słownikiem.

sobota, 10 grudnia 2016

"Dracula" Bram Stoker [ze słownikiem]

"Dracula" Bram Stoker, Wyd. Ze słownikiem

Powieść Drakula to historia najsłynniejszego wampira w dziejach światowej literatury. Została opublikowana w roku 1897 przez irlandzkiego pisarza Brama Stokera. Powieść bardzo szybko stała się sensacją, po dziś dzień zachwycając czytelników grozą i niesamowitością. Główny bohater Jonathan Harker to młody prawnik, który wyrusza w podróż do Transylwanii, aby spotkać się z tajemniczym hrabią Drakulą, który zamierza przeprowadzić się do Anglii. Na miejscu okazuje się jednak, że hrabia nie jest tym za kogo się podaje. Jego plany są krwawe i mordercze, a pierwszą ofiarą ma zostać Jonathan.


Kolejna publikacja Wydawnictwa Ze Słownikiem, jaka wpadła w moje ręce okazała się bardziej ambitna. Kto z nas nie kojarzy słynnego Drakuli? To klasyk sam w sobie, więc mając świadomość o czym czytam mogłam bardziej zaangażować się w poznawanie języka. To jedna z zalet Wydawnictwa - w ich szeregach pojawiają się książki które znamy i kochamy, przez co łatwiej można zapoznawać się z ich treścią. Wiadomo, że łatwiej czyta się w oryginale to, co jednak jest już w jakiś sposób znane.

Kolejnym wartym uwagi atutem jest tłumaczenie trudnych słów na każdej stronie - wszystkie marginesy po brzegi zapisane są słówkami przetłumaczonymi z angielskiego na polski, żeby nie trzeba było tak szybko sięgać po słownik. I jest to prawa, bo zazwyczaj czytałam po dwie strony z oryginału i uciekałam do polskich tłumaczeń, bo męczyło mnie wertowanie słownika. Teraz książki tego Wydawnictwa czytam częściej i w większej ilości stron co ułatwia mi właśnie obecny słowniczek.

Jak widzicie i jak już pewnie domyśliliście się ze wcześniejszych opinii - jestem naprawdę zadowolona z książek, które wydało Wydawnictwo. To świetne rozwiązanie dla osób, które poszukują skutecznego sposobu na naukę języka. Nie tylko poznajemy więcej słówek, ale łączymy przyjemne z pożytecznym. Wiadomym jest, że łatwiej jest odnaleźć się w praktyce, więc nie ma co uczyć się gramatyki, skoro możemy czytać a znajomość budowy zdań sama prezentuje się jak na dłoni. I to w różnych czasach.

Musicie też wiedzieć, że "Drakula" to książka którą przeczytałam pierwszy raz w pełni, właśnie w tym oryginale. Znałam cały sens fabuły i wiedziałam o co w niej chodzi, ale lekturę od deski do deski przeczytałam dopiero teraz i duma mnie z tego powodu rozpiera. Właśnie dla takich emocji warto sięgać po tego typu książki, szczególnie te, które pomagają nam w poznawaniu treści. 

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Ze Słownikiem.

piątek, 9 grudnia 2016

"Strange Case of Dr Jekyll and Mr Hyde" Robert Louis Stevenson [ze słownikiem]

"Strange Case of Dr Jekyll and Mr Hyde" Robert Louis Stevenson, Wyd. Ze słownikiem

Doktor Jekyll i Pan Hyde to nowela napisana w roku 1886 przez szkockiego autora Roberta Louisa Stevensona. Londyński lekarz Henry Jakyll uważa, że każdy człowiek nosi w sobie zarówno zalążki agresji, zła i zachowań destrukcyjnych, jak również zalążki dobra, takie jak: prawość i dobroć. Aby to udowodnić przeprowadza doświadczenia chemiczne, które mają na celu wynalezienie eliksiru, który będzie radykalnie zmieniał osobowość. Nocą dr Jakyll zmienia się w Pana Hyde’a – ucieleśnienie zła.


Nauka języków nie jest prosta. Wiem to z doświadczenia. Mnie jednak do nauki motywuje przede wszystkim możliwość czytania książek w oryginale, czasami przed polską premierą a czasami w ogóle możliwość przeczytania powieści, która pewnie nigdy u nas się nie ukaże.

Nie jest to jednak łatwe i zazwyczaj czytanie powieści w oryginale w moim przypadku jest wolniejsze od niejednego żółwia. Czytam kilka stron, walczę ze słownikiem, wracam do polskiego wydania innej książki i znowu zabieram się za tłumaczenie oryginału. Mozolne i nie zawsze przyjemne, ale daje to naprawdę dużo satysfakcji.

Dla wszystkich tych, którzy tak jak ja walczą z oryginałami zamiast czerpać z nich więcej przyjemności, pojawiło się Wydawnictwo Ze Słownikiem, które opublikowało kilka naprawdę dobrych lektur (a jeszcze więcej jest w planach), które nie tylko mają w sobie wyborną treść pisaną w języku angielskim, ale przede wszystkim na marginesach każdej strony możemy znaleźć tłumaczenia najtrudniejszych słówek, a co najważniejsze - uporządkowane są w porządku alfabetycznym. Nie musiałam ich przez to szukać po całej stronie, tak jak szedł tekst, tylko według alfabetu, co było znacznym ułatwieniem.

Dla mnie takie lektury to świetny pomysł - czyta się znacznie szybciej a tytuły są na tyle znane, że łatwiej rozumiałam fabułę, wiedząc już mniej więcej o czym czytam. Kolejne książki z tej serii już czytam i czuję się naprawdę dumna z siebie, że idzie mi to tak płynnie. Okazuje się, że książki w oryginale nie są już takie straszne i może czytać je praktycznie każdy.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Ze Słownikiem.

czwartek, 8 grudnia 2016

"Mnich" Matthew Gregory Lewis

"Mnich" Matthew Gregory Lewis, Tyt. oryg. The Monk: A Romance, Wyd. Vesper, Str. 464

"Nie wiedział, jak niepewną jest sława związana z powszechnym aplauzem i że starczy jednego momentu, by świat zbrzydził sobie dziś tego, który jeszcze wczoraj był bożyszczem tłumu."

Mrok, tajemnica, duchy, pościgi - brzmi kusząco prawda? Nawet nie zdajecie sobie sprawy jakie cuda mogą stworzyć te cztery słowa, kiedy połączy się je w jedną fabułę! Liczyłam na to, że czeka mnie historia pełna intrygujących scen i trochę straszna i wcale się nie przeliczyłam.

Niesamowite jest to, że "Mnich" został napisany w XVIII w., gdzie wydarzenia ukryte na stronach tej powieści nie powinny ujrzeć światła dziennego, a jednak zostały spisane przez niespełna dwudziestoletniego pisarza o tak bujnej wyobraźni, że nie pozostaje mi nic innego jak żałować, że już nic więcej nie napisze. Bo bez wątpienia autor wykazał się wielkim kunsztem pisarskim, który wyciągnął go na wyżyny literackie na długo po jego śmierci.

Akcja powieści rozpoczyna się zupełnie niewinnie i nie zapowiada wybuchowego rozwoju wydarzeń. Dlatego przestrzegam Was - musicie dać jej szansę. Jeśli liczycie na dobrą lekturę nie możecie zrezygnować po kilku pierwszych stronach. Nic tym nie osiągniecie a ominie Was kawał dobrej powieści. Tym bardziej, że już sam główny bohater jest bardzo intrygującą postacią i to na jego poczynaniach skupia się cała fabuła. Kto by pomyślał, że jeden mnich może siać takie spustoszenie dookoła siebie? Zamknięty w czterech ścianach klasztornego więzienia oddawał się nie tyle modlitwom co zaczął zapamiętale dążyć do własnego upadku moralnego i szło mu naprawdę nieźle.

Ambrozjo staje twarzą w twarz z urokami ludzkiego życia, które nie mają w jego przypadku racji bytu. I choć nie powinien, podsunięto mu pod nos uroczą Matyldę - kuszącą i pobudzającą zmysły. Ona jednak okazała się niewystarczająca i otworzyła mu bramy do świata pełnego pokus. M.G. Lewis na przykładzie Ambrozja przedstawił niesamowicie drobiazgowy upadek moralny, który stoczył tytułowego mnicha w czeluść piekła. Nikt nie spodziewał się, że seksualna żądza może wyrządzić takie spustoszenie. Co dzieje się za ścianami klasztornej twierdzy? Zdaniem autora na pewno nie to co konieczne, a strach z poczynań bezwzględnie egoistycznych istot ludzkich przyprawia o dreszcz przerażenia.

"Mnich" to kawał dobrej roboty literackiej. Drobiazgowość scen, barwność opisów i brak jakichkolwiek zahamowań szokują, przerażają i nie rzadko budzą obrzydzenie. Ale jednocześnie nie da się od tej powieści oderwać nawet na minutę. Klimatu grozy nadają przestrzenie wypełnione po brzegi trumnami, a lochy stają przed czytelnikiem jako korytarze pełne cieni, do których lepiej się nie zbliżać. Jesteście gotowi na to co czeka Was podczas tej lektury? Oczekujcie nieoczekiwanego.

Za możliwość przeczytania Wydawnictwu Vesper.

środa, 7 grudnia 2016

"Klub Pickwicka" Charles Dickens

"Klub Pickwicka" Charles Dickens, Tyt. oryg. The Pickwick Club, Wyd. MG, Str. 528

"- Jak dawno przejeżdżał tędy powóz? [...]
- Jak dawno?
- Tak, jak dawno?
- Doprawdy, ze nie wiem. I dawno, i niedawno, tak jakoś pośrodku.
"

Z doświadczenia wiem, że klasykę nie jest łatwo zrozumieć, nie jest łatwo czytać i - przede wszystkim! - nie jest łatwo polubić. Jednak kiedy znajdziecie książkę, która naprawdę przypadnie Wam do gustu, myślę że zrozumiecie co takiego kryje się w tych dawnych powieściach. Mnie przekonał właśnie Dickens już dawno temu swoją "Powieścią wigilijną", choć nie ukrywam, że dopiero po latach zaczęłam bardziej interesować się poważniejszą literaturą.

Więc w nawiązaniu do ostatniego zdania... z tą powagą to nie jest tak, że chodzi o dramatyczne przesłanie czy wymagającą zaangażowania fabułę. Chodzi tutaj przede wszystkim o sens rozgrywanych wydarzeń, czego doskonałym przykładem jest właśnie powyższa powieść. Dickens potrafił bawić się słowem i doskonale przedstawił to na podstawie głównych bohaterów lektury, którzy idealnie odnaleźliby się we współczesnych czasach - grono starszych panów, którym plotkowanie weszło w krew i niesie sporą satysfakcję. Każdy z nich jest inny i każdy ma swoje priorytety w życiu, ale łączy ich bogate doświadczenie i otwartość na otaczającą ich rzeczywistość.

Pan Pickwick i jego przyjaciele to towarzystwo pełne wad i zalet, mniej lub bardziej widocznych. Klub tych panów od pierwszych stron zjednał sobie moją sympatię jak mało kto, bo choć z reguły nie przykładam większej uwagi do takich postaci, to ich pierwszoplanowa rola zmusiła mnie do bliższego poznania  wszystkich panów w pełnej krasi. I nie żałuję ani jednego przeczytanego słowa! Ich wielowymiarowość i pełnokrwistość zmieniły moją lekturę w wielką przygodę, podczas której bawiłam się doskonale. 

Samuel Pickwick - główny bohater to postać, która więcej czasu poświęca na obserwację ludzi i ich analizę, wtapiając się przy tym w tłum zamiast imponować pozostałym towarzyszom. I choć stara się jak może ujarzmić swoich kompanów - co rusz ładują się w kłopoty od których uśmiech nie schodził mi z twarzy. Polubiłam każdego z osobna i na chwilę zatraciłam się w całym tym barwnym świecie  nie tylko głównej fabuły, ale i pieśni, wierszy, opowiastek - jest tu tego wszystkiego mnóstwo, a wszystko tak smakowite i intrygujące, że nie sposób się od tego oderwać!

"Klub Pickwicka" to idealne lekarstwo na zły humor. Panowie raz dwa przeganiają wszelkie troski, przywołują wielki uśmiech a czasem rozbrajają swoją nieporadnością. Na chwilę wkroczyłam do świata prawdziwych dżentelmenów i godnych przykładu dam i trudno było mi powrócić do rzeczywistości. Mnie ta lektura zdecydowanie oczarowała. Polecam!

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu MG.

wtorek, 6 grudnia 2016

"Tylko ty mnie zrozumiesz" Samantha Young

"Tylko ty mnie zrozumiesz" Samantha Young, Tyt. oryg. , Wyd. Burda Książki, Str. 300

"- A jeśli nie będę już taka jak kiedyś ? - wyszeptałam.
- Nie będziesz ,bo nie chodzi o powrót do tego, jaka byłaś kiedyś. Chodzi o zrobienie czegoś ,czegokolwiek i wytrzymanie. Udało ci się wytrzymać , chociaż bardzo się bałaś ,co z tego wyniknie. A teraz musisz iść naprzód i dorosnąć."

Poprzedni, startowy tom tej serii przysporzył mi wiele chwil pełnych przeróżnych emocji. Może nie do końca byłam przekonana do głównego bohatera, ale zaangażowałam się w burzliwy związek pary pokiereszowanych przez życie ludzi i z zapartym tchem śledziłam rozwój wydarzeń. Dlatego obowiązkowo wyczekiwałam kontynuacji, bo miałam szczerą nadzieję, że kolejne burzowe chmury emocji już na mnie czekają.

Przyznaję, że właściwie nie zawiodłam się wcale, jeśli chodzi o pociągnięcie emocjonalności w tej książce. Autorka całkiem dobrze radzi sobie ze zwodzeniem czytelnika, graniem mu na nerwach i kierowaniem swoich bohaterów na takie tory, że trudno się nie denerwować czy wszystko potoczy się po naszej myśli. W kontynuacji czułam się już bardziej związana z głównymi bohaterami i nawet polubiłam Jake'a. Nie pytajcie dlaczego - chyba po prostu przekonałam się do jego stylu bycia, a może dlatego, że dalsze losy tej dwójki zostały znacznie lepiej nakreślone.

Fabuła opiera się przede wszystkim na relacji między Charley i Jake'm, a ich związek jest bardziej burzliwy niż można by przypuszczać. Dzięki temu w książce naprawdę dużo się dzieje. W dodatku wyobrażenia  o wspólnym życiu zaczynają ich przytłaczać i kompletnie nie radzą sobie z byciem razem. Czara goryczy przelewa się tym razem na stronę Charley, która nie zawsze wiedziała czego oczekuje od życia. Raz podejmowała decyzję, a drugi kompletnie rezygnowała z jej realizowania, bo jednak nie było to dla niej komfortowe. Trudno było mi śledzić poczynania tej dziewczyny bez denerwowania się na jej postać, bo autorka obdarzyła ją chwiejnym charakterem. 

Straszne to wszystko i wciągające jednocześnie. Powieść Young to typowa historia z serii NA, tylko z niesamowicie emocjonalnym wydźwiękiem. Charley ma skłonność do dramatyzowania, sama nie wie czego oczekuje od związku i chociaż w pierwszym tomie uparcie twierdziła, że Jake jest całym jej światem to w kontynuacji traci swój cały animusz. Podziałało to nam mnie bardziej niż przypuszczałam i mocno kibicowałam tej dwójce, chociaż obawiałam się najgorszego.

Niewątpliwie autorka stworzyła bardzo ciekawą serię dedykowaną przede wszystkim fanom gatunku. Można odczuć w fabule kilka typowych schematów, ale dramaty głównych bohaterów mocno angażują w swoje rozterki, przez co właściwie nie zwracałam uwagi na nic innego. Nie będę ukrywać - seria nie jest idealna, bo raz zachodzi za skórę jeden bohater, drugim razem kolejna postać, ale to wszystko sprawia, że czytelnik emocjonalnie angażuje się w rozgrywane wydarzenia. Nie narzekam jednak i cieszę się, że udało mi się poznać z tą serią. Jeśli pojawi się trzeci tom - biorę w ciemno.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Burda Książki.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

"Zagubiona miłość" Meredith Wild

"Zagubiona miłość" Meredith Wild, Tyt. oryg. On My Knees, Wyd. Burda Książki, Str. 350

Zaczęło się niepozornie - znowu skusiłam się subtelną okładką, ale tutaj duży wpływ miało na mnie również nazwisko autorki, bo wiele dobrego czytałam o jej powieściach. Nie znam wcześniejszej serii "Haker", ale to nie odstraszyło mnie od zagłębienia się w najnowszą powieść Wild, która swoją drogą okazała się całkiem intrygująca.

Nie jest to może lektura na miarę wielowymiarowych powieści, bo jest kilka schematów, które jak na mój gust dało się zastąpić i podmienić czymś zupełnie świeżym, ale muszę oddać tej książce jedno - jest bardzo lekka i przy tym na tyle subtelna, że czyta się ja w mgnieniu oka. To duża zasługa stylu autorki, który prowadzi czytelnika przez rozgrywane wydarzenia w błyskawicznym tempie zapoznając jednocześnie czytelnika z każdym napotkanym bohaterem. Jednych polubiłam mniej, drugich bardziej, ale to na dwójkę głównych postaci zwróciłam największą uwagę.

Tutaj robi się już mniej ciekawie. Fabuła sama w sobie jest bardzo lekka i interesująca - na pierwszym planie pojawia się niespełniona miłość pomiędzy Cameronem i Mayą, którzy chociaż są sobie przeznaczeni, nie mogą być razem. Dlaczego? Właśnie za sprawą Mayi, która nieszczególnie przypadła mi do gustu. Dziewczyna otrzymała wszystko o czym marzyła, ukochany chciał spędzić z nią resztę życia, a jednak nie zdecydowała się na ten krok czego potwornie żałowała. Kompletnie nie przypadł mi do gustu jej charakter i miałam szczerą ochotę mocno nią potrząsnąć, bo z kolei postać Camerona z miejsca zjednała sobie moją sympatię i było mi ogromnie przykro, że został tak potraktowany.

Jak sami widzicie ponownie mocno zaangażowałam się w fabułę, która miała okazać się dla mnie chwilą relaksu. Tak już mam, że gdy zapałam sympatią do danej postaci, trzymam za nią kciuki jak tylko mogę. Dlatego najnowsza powieść Wild całkiem dobrze wpasowała się w mój gust czytelniczy i zapewniła mi potrzebną rozrywkę. Jestem ogromnie ciekawa tego, jak potoczą się losy tej dwójki, bo pierwszy tom zakończył się całkiem intrygująco. Nie wspominając już o tym, że liczę na zmianę charakteru i podejścia do życia nieszczęśliwej Mayi.

"Zagubiona miłość" to nakreślona lekką ręką emocjonująca powieść miłosna, w której rzeczywistość mocno daje o sobie znać. Jestem bardzo zadowolona z tej historii i już teraz mam apetyt na więcej. I choć nie jest to może powieść najwyższych lotów - naprawdę warto ją poznać. Choćby dla relaksu, dla chwili wytchnienia, dla poznania bohaterów i chwili zamiany z nimi miejscami. Polecam fanom powieści miłosnych i tym, którzy lubią emocjonalne historie.

Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Burda Książki.