niedziela, 21 stycznia 2018

Przedpremierowo: "Kredziarz" C.J. Tudor

"Kredziarz" C.J. Tudor, Tyt. oryg. The Chalk Man, Wyd. Czarna Owca, Str. 384
PREMIERA: 28 lutego 2018r.

"Bycie dobrym człowiekiem nie polega na śpiewaniu hymnów czy modleniu się do jakiegoś mitycznego bóstwa. Nie chodzi o noszenie krzyżyka i chodzenie co niedziela do kościoła, ale o to, jak traktujesz innych ludzi. Dobry człowiek nie potrzebuje religii, bo wystarczy mu przekonanie, że postępuje właściwie."

O tej książce było głośno już w czasie pierwszych zapowiedzi. Miała szokować, zmuszać do myślenia i trzymać przy sobie do ostatniego przeczytanego słowa. Hasło chwytliwe i wykorzystywane tak często jak to tylko możliwe, więc co raz rzadziej daję wiarę podobnym zapewnieniom. Jednak to zdecydowanie jeden z moich ulubionych gatunków, dlatego postanowiłam osobiście przekonać się czy faktycznie warto głośno mówić o fenomenie "Kredziarza".

Powieść jest debiutanckim projektem autorki, która ma na swoim koncie pacę jako copywriterka, prezenterka telewizyjna i lektora. To zobowiązuje, ponieważ nie od dziś jak widać C.J. Tudor bawi się słowem. Miałam wobec tego duże nadzieje co do stylu jakim będzie się posługiwała i przyznaję - autorka mnie nie zawiodła. Napisała historię pełną wartkiej akcji, w której słowo ma kluczowe znaczenie. Z wprawą dojrzałego autora prowadziła mnie przez wydarzenia opisując drobiazgowo to co najistotniejsze, wprowadzała oryginalne porównania, pojawiło się dużo wartych zapamiętania sentencji. W przypadku tego gatunku język zazwyczaj spełnia drugorzędną rolę, a jednak w tym przypadku stał się jednym z głównych bohaterów - to styl autorki w dużej mierze przysłużył się do jej sukcesu.

Idąc tym tropem przyjrzałam się bohaterom, którzy pojawili się na stronach powieści. Pierwszoosobowa narracja zawsze zobowiązuje do głębszego zaangażowania w psychikę bohatera, by w pełni oddać wszystkie odczuwane przez niego emocje. Lubię tą formę opisywania wydarzeń w książce, bo znacznie łatwiej jest mi utożsamić się z bohaterami czy zrozumieć ich postępowania. Dlatego uważam, że C.J. Tudor mądrze postąpiła decydując się na taką narrację i łącząc ją ze swobodą tworzenia słowa. Jej bohaterowie własnymi przemyśleniami nie spłycili akcji a jedynie dodali jej niezbędnego kolorytu w postaci stopniowanego napięcia, przede wszystkim przez zatajone sekrety i rozdziały, które skaczą od współczesności do przeszłości.

Wszystko rozpoczęło się w roku 1986, gdy Eddie usłyszał od nowego nauczyciela pomysł na porozumiewanie się z innymi. Za sprawą kredy i niewielkiej części wyobraźni zaczął rysować, by jednocześnie tworzyć indywidualny kod. To miała być tylko niewinna zabawa, a jednak doprowadziła do tragedii. Odnaleziono ciało dziewczynki i przerwano zabawę. Jednak po latach dorosły już Ed nie zaznaje spokoju. Otrzymuje kopertę, a w niej - kredę i rysunek człowieka z pętlą na szyi. To on bierze w swoje ręce rolę narratora powieści i stawia czoła demonom przeszłości, bo wie, że to co wydarzyło się wcześniej nigdy nie zostało przerwane. 

Historia z miejsca chwyta czytelnika w swoje sidła tajemniczości i niepewnych wydarzeń na kolejnych stronach. Tajemnice, sekrety, niewyjaśnione sprawy - wszystko to tworzy indywidualny klimat, nawet trochę przyciężki, w którym czytelnik doskonale się bawi próbując na własną rękę rozwiązać zagadkę. A nie jest to takie łatwe, bo "Kredziarz" jest książką przemyślaną i drobiazgową, więc w kwestii dobrego i mocnego zakończenia mogę śmiało potwierdzić, że autorka naprawdę się spisała. C.J. Tudor zaprosiła swoich czytelników do mrocznego świata ludzkiego umysłu, który szokuje, budzi kontrowersje i hipnotyzuje. Jesteście gotowi odkryć zagadkę sprzed lat?

piątek, 19 stycznia 2018

Przedpremierowo: "Graffiti Moon" Cath Crowley

"Graffiti Moon" Cath Crowley, Tyt. oryg. Graffiti Moon, Wyd. Jaguar, Str. 360
PREMIERA: 24 stycznia 2018r.

"-To nic nie znaczy - woła Jazz. - Uwierzcie mi. Jestem jasnowidząca."

Gdy czyta się dużo książek, pewne rzeczy po prostu się wie. Na przykład to, że powieści dla młodzieży powinny charakteryzować się świeżością i nowością, by gościł w nich duch młodzieńczego buntu i by fabuła tętniła życiem. Patrząc na okładkę "Graffiti Moon" można sądzić, że właśnie to znajdziemy w powieści. Czy na pewno?

I tak, i nie. Powieść faktycznie charakteryzuje się przejawem młodzieńczej fascynacji życiem, ale nie jest też naprowadzona na zastraszające tempo i nie gna - jak można by się spodziewać - na złamanie karku. To raczej spokój jest w tej historii kluczowym znaczeniem, bo doskonale oddaje potrzebę wyrwania się młodych bohaterów w otwarte ramiona wielkiego świata. Cath Crowley postanowiła zamknąć swoją opowieść w zaledwie jednym dniu, ale to wystarczyło by zaciekawić czytelnika i nadać powieści ważnego przesłania. Przyznaję jednak, że na początku miałam pewne obawy. Nastawiłam się na przejmującą powieść o młodzieńczych wyborach a zderzyłam się z lekką i - bądź co bądź - prostą historią o zwykłym życiu. Jednak ze strony na stronę zaczęłam dostrzegać urok tego wszystkiego: prostotę skrywaną za realnością rozgrywanych wydarzeń.

Potrzebny był zaledwie jeden wieczór, by przekonać Lucy, że zakochała się w tajemniczym malarzu graffiti. Natomiast Ed był pewien, że zakochał się w Lucy do momentu, gdy ta nie złamała mu nosa. Dylan postanowi wyznać miłość Daisy w dość kontrowersyjny sposób, zupełnie nieprzekonujący. A Jazz i Leo? Oni powoli odkrywali siebie. Tak maluje się przed czytelnikiem obraz dwudziestu czterech godzin z życia młodzieży, która stoi u schyłku dorosłości i podąża drogą najważniejszą w swoim życiu - odpowiadającą na pytania kim są i kim powinni być. 

Autorka umożliwiła swoim bohaterom poszukiwanie prawdy na temat samego siebie w sposób niezwykle prosty i obrazowy. Pozwoliła jednocześnie by czytelnik wziął sprawy w swoje ręce i przełożył doświadczenia pierwszoplanowych postaci na własne życie. Decyzje, głupie wybory i bolesne konsekwencje - to wszystko umożliwiło łatwe utożsamienie się z postaciami, które wykreowano na wzór nas samych. Zbliżenie się do nich ułatwiła również pierwszoosobowa narracja, a rozdziały podzielone na poszczególnych bohaterów pozwoliły spojrzeć na sprawę z każdej możliwej sytuacji. Bohaterowie z łatwością pisali o swoich troskach, otwierali się przed czytelnikiem i rozbrajali z własnych uczuć. Wszystko po to, by książka okazała się lekka jak piórko a jednak opowiadająca o czymś bardzo ważnym - szaleństwie młodości.

"Graffiti Moon" to dobra historia, nie tylko dla młodzieży. Nie znajdziecie w niej przejmujących sentencji, porywających zwrotów akcji ani zaskakujących scen. A jednak - jest w tej książce coś takiego, przez co chce się ją czytać do ostatniej strony. Może to lekkość i swoboda z jaką tworzy autorka, a może to powiew młodzieńczej przygody - książkę czyta się w zaskakująco szybkim tempie i wystarczy jeden wieczór by poznać losy czwórki bohaterów. To sympatyczna lektura w której każdy znajdzie cząstkę siebie samego - jako współczesnej osoby lub tej do której powracamy w myślach z utęsknieniem, z przeszłych lat młodzieńczych.

środa, 17 stycznia 2018

"Magia parzy" Ilona Andrews

"Magia parzy" Ilona Andrews, Tyt. oryg. Magic Burns, Wyd. Fabryka Słów, Str. 456

"- Muszę się zobaczyć z jego futrzastą Wysokością.
- Nie mogę uwierzyć, że to mówisz! Po tym jak mnie opie... jak na mnie nawrzeszczałaś, kiedy zapraszałem cię na Wiosenne Spotkanie! Doskonale pamiętam każde twoje słowo: "nigdy więcej nie chcę widzieć tego aroganckiego dupka". I jeszcze: "Po moim trupie!".
"

Są takie powieści, które nie zmieniają się nigdy i - niezależne od wieku - cieszą dokładnie tak samo. Jakiś czas temu Ilona Andrews zdobyła spory tłum czytelników swoją nieograniczoną pod względem wyobraźni serią fantasy. Osobiście zaprzyjaźniłam się z Kate Daniels przy wznowieniu cyklu, bo - wierzcie mi lub nie - gdzieś w natłoku innych książek przegapiłam autorkę. Dziś tego trochę żałuję, ponieważ mogła mi umilić wiele złych dni w przeszłości, ale z drugiej strony ogromnie się cieszę, że kolejne tomy dopiero przede mną i ten przyjemny dreszczyk niepewności w stosunku do tego co będzie dalej nastraja mnie niezmiernie pozytywnie.

Musicie wiedzieć, że to nie jest byle jaka seria. To niezwykle zakręcona, pomysłowa, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji i pozytywnie zakręconych bohaterów historia z magią na pierwszym planie. Nie zwróciłabym uwagi na książki z Kate, gdyby nie cytat przeczytany gdzieś w pośród natłoku innych opinii. Przeczytałam - i przepadłam. Uwielbiam tak błyskotliwie napisane dialogi, w których kąśliwość bohaterów wobec siebie nie ma sobie równych i kiedy czyta się wymianę zdań pomiędzy nimi uśmiech nie schodzi z twarzy. To główna zaleta autorki - potrafi stworzyć lekki klimat humoru nawet w najcięższych chwilach. 

Nic by jednak z tego nie wyszło gdyby nie kreacja bohaterów. Kate Dianiels, główna postać łącząca wszystkie tomy jest postacią konkretną, wyrazistą, obdarzoną niebanalną charyzmą. W jej życiu ciągle coś się dzieje, nie ma chwili wytchnienia i dzięki temu czytelnik nawet przez moment nie zderza się z nudą. Drugi tom serii to połączenie nowych wydarzeń z chwilowym powrotem do przeszłości, dzięki czemu w kontynuacji odnajdzie się każdy - ten kto zdecydował się sięgać po książki Andrews wybiórczo i stały czytelnik, czytający tom za tomem. 

Autorka tym razem postawiła na bliższe spotkanie z samą Kate. O ile wciąż dzieje się w fabule wiele i akcja nawet na moment nie zwalnia tempa, to główna bohaterka bardziej przyciąga uwagę czytelnika. Jej niemal dzika natura, zaciętość i duma zmieszana z czystą bezczelnością każe uważać dziewczynę za silną i pewną siebie osobowość, która nigdy nie gaśnie. A jednak - Kate kryje w sobie pewien rodzaj mroku, cierpienia i poczucia samotności, które jeszcze bardziej ją do nas zbliżają i sprawiają, ze jej kreacja staje się wiarygodniejsza. Uwielbiam tą dziewczynę i uważam, że jest jedną z najwyraźniejszych bohaterek swojego gatunku. Gdy magia ponownie uderza w Atlantę Kate mierzy się z kolejnym zadaniem. Opiekując się Julie, małą dziewczynką znalezioną w ruinach musi pokonać drepczących jej po piętach przystojniaków, którzy nie zawsze mają dobre zamiary. 

"Magia parzy" to kontynuacja jakiej oczekiwałam. Autorka postawiła sobie wysoko poprzeczkę i przeskoczyła ją z zapasem. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach tylko potwierdzi moje przekonanie, bo obecnie Ilona Andrews zajmuje miejsce na półce z moimi ulubionymi bohaterami. Wielkie brawa zyskuje kreacja świata przedstawionego, pierwszoplanowa postać i wspomniane wcześniej dialogi. Wcale się nie dziwię, że swojego czasu było o tej serii głośno i cieszę się, ze postawiono na jej wznowienie - warto sięgać po podobne historie by przypomnieć sobie jak wygląda dobra powieść fantasy.

wtorek, 16 stycznia 2018

"Zła Julia" Leisa Rayven

"Zła Julia" Leisa Rayven, Tyt. oryg. Broken Juliet, Wyd. Otwarte, Str. 368

"Chcesz się czegoś trzymać - powiedział Ethan. - Trzymaj się mnie."

Są takie książki, które chociaż mają wady, pozostają w głowie czytelnika na długi czas. Szczególnie przez zakończenia, jakie nam proponują i które sprawiają, że nie sposób przejść obojętnie obok kontynuacji. Jedną z takich serii jest propozycja od Leisy Rayven - wyłowiona z morza wielu jej podobnych a jednak w pewien sposób kusząca.

Seria Starcrossed to typowa historia New Adult rozłożona na dwa tomy. Jednak jest coś co wyróżnia ją na tle pozostałych - humor i ironia uwielbiane przeze mnie w podobnych historiach. Nie ukrywam, że tym autorka zdobyła moją sympatię, bo jej lekkość stylu i pomysłowość w pisaniu dialogów sprawiły, że historia nabrała intensywnych barw, miejscami smuciła a kiedy indziej szczerze bawiła. Jednak mam poczucie, że kontynuacja nie jest już tą historią co wcześniej - jakby Leisa Rayven osiadła na laurach i zapomniała, że postawione samemu sobie poprzeczki trzeba przeskakiwać z zapasem.

Cassie i Ethan, bohaterowie serii zostali połączeni na zasadzie mocno burzliwej relacji. W pierwszym tomie autorka mocno podkreśliła, że związek tej dwójki to toksyczne połączenie dwóch niekoniecznie pasujących do siebie połówek, które niestety nie potrafiły trzymać się od siebie z daleka. "Zła Julia" to typowa kontynuacja "Złego Romea" w której wciąż utrzymana jest dwupłaszczyznowa fabuła przeszłości studenckiej bohaterów oraz współczesnych czasów dorosłości, kiedy na nowo spotkali się by wspólnie zagrać w jednej sztuce i dokończyć to co przerwali. Zamysł był dobry od samego początku, bo pozwoliło to autorce stopniowo odkrywać wszelkie nowinki związane z życiem bohaterów i wplatać w to sekrety odkrywane krok po kroku. Dobrze się czyta podobną powieść, bo przeczucie niepewności związane z wydarzeniami na kolejnych stronach buduje swojego rodzaju dramaturgię.

Jednak problem tkwi w szczegółach. Bez wątpienia Cassie i Ethan ciągną do siebie niczym magnes na zasadzie chemicznej reakcji i widać to jak na dłoni. Jednak uczuciowo to już kompletnie inna bajka. Nie czułam się szczególnie przekonania ich interpretacją prawdziwej miłości i zastanawiałam się czy oni czasami nie odgrywają podobnych ról jak w teatrze - niczym aktorzy na scenie zapominają o realnym świecie i tym co ich otacza. Autorka widocznie dążyła do tego, by podnieść znaczenie wspólnej relacji bohaterów i robiła wszystko by wskoczyć na wyższy poziom pod względem wartości fabuły, ale skutecznie uniemożliwiała jej to postać Cassie, która zapominała, że w życiu poza cielesnymi uciechami liczy się coś więcej. Jej dążenie do ciągłego kontaktu fizycznego w drugiej połowie lektury zaczęło zakrawać na absurd i chociaż Ethan swoją osobą próbował ratować sytuację jako ten bardziej romantyczny - niewiele to pomogło. Moim zdaniem autorka sama strzeliła sobie w kolano kreując postać Cassie w stylu kobiety z gatunku erotycznego, zapominając że pisze przecież całkiem intrygującą propozycję New Adult. Nie ukrywam jednak, że to propozycja książki dla kobiet, więc może właśnie o to chodzi?

Zapominając na moment o głównej bohaterce i przyglądając się pozostałym elementom nie uważam, by kontynuacja była zła. Wręcz przeciwnie - uważam, że Leisa Rayven starała się jak mogła, wplątała w wydarzenia ważne tematy, podkreśliła rozwój wątków i lekkim stylem nakreśliła wiele sympatycznych momentów. Autorka gdzieś po drodze się niepotrzebnie pogubiła, bo rokuje dobrze i liczę na to, że to tylko chwilowe nieporozumienie. "Zła Julia" to książka dobra mimo wad, wciągająca i warta przeczytania. Jako kontynuacja odpowiada na pytania, które zostały postawione w pierwszym tomie i na nowo buduje seksualne napięcie między bohaterami jednocześnie podkreślając kruchość związku. Jeśli lubicie podobne historie i wybuchy niespokojnych emocji nie są Wam straszne - zmierzcie się w lekturą kontynuacji Rayven i podzielcie się własnymi opiniami.

poniedziałek, 15 stycznia 2018

"Nasza miłość, Moja zdrada, Twoja śmierć" Ray Kluun

"Nasza miłość, Moja zdrada, Twoja śmierć" Ray Kluun, Tyt. oryg. Komt een vrouw bij de dokter, Wyd. Amber, Str. 320
POD PATRONATEM: ThievingBooks

Zapowiedziana jako mocna, kontrowersyjna i piekielnie emocjonalna. Książka jakiej jeszcze nie było. Czy jesteście na nią gotowi?

Kontrowersyjny, budzący szok i mieszane uczucia bestseller prosto od Raya Kluuna był dla mnie książką trudną do przejścia. Przez moją głowę podczas lektury przewinęło się mnóstwo sprzecznych emocji, ponieważ to nie tylko mocna fabuła, ale przede wszystkim oparta na faktach. To fabularyzowana powieść oparta na prawdziwym życiu, opowiadająca o przeżyciach autora, gdy jego żona zachorowała na raka. To dwa lata życia małżeńskiego od diagnozy do śmierci.

Stijn i Carmen, małżeństwo z niewielkim stażem mają wszystko o czym marzą - bogactwo, szczęście, powodzenie. Ich córka budzi podziw przyjaciół a wzajemne zrozumienie między małżeństwem budzi zazdrość obserwatorów. Wszystko burzy się jednego dnia, gdy niewinne zwyrodnienie zmienia się w tragiczną diagnozę - Carmen stała się ofiarą niezwykle agresywnej odmiany raka. Nie pomaga żadna próba leczenia a po roku pojawiają się przerzuty. Stijn nie mogąc poradzić sobie ze stresem i bólem związanym z chorobą żony za dnia jest kochającym mężem, nocami zaś zmienia się w nieokrzesanego kochanka na prawo i lewo zdradzając Carmen. I kiedy powinien trwać przy żonie - wdaje się w romans, którego absolutnie nie chce kończyć. Powód jest jeden: Stijn się zakochał.

Nie mam pojęcia co myśleć o tej fabule. Bez dwóch zdań jest to powieść piekielnie kontrowersyjna, bo nie tylko romans jest tutaj motywem przewodnim, ale i trudna choroba, która w rezultacie prowadzi do eutanazji. Bardzo trudno znieść to wszystko czytelnikowi i przyznaję, że podczas lektury puszczały mi nerwy. Nie polubiłam Stijna i miałam do niego ogromny żal, wręcz nie mogłam znieść jego osoby, która doprowadzała mnie do szału. To mężczyzna pozbawiony jakichkolwiek zasad, bo zdradzał żonę jeszcze przed jej chorobą. Co można myśleć o kimś takim? Z mojej strony nie znajdziecie wobec niego żadnego zrozumienia, ale cieszę się, że zdecydował się napisać książkę. Ku przestrodze i by otworzyć oczy czytelnikom.

Autor w wywiadach utrzymuje, że bardzo kochał żonę, ale nie radził sobie z natłokiem emocji. Biedny pokrzywdzony mężczyzna nie radzi sobie z cierpieniem i za nic ma uczucia umierającej żony. Liczy się tylko jego duma, jego żal i jego osoba. Zwariować można! Miałam ochotę porządnie nim potrząsnąć, krzyknąć mu w twarz i zrobić cokolwiek. Ale w oczach miałam nieustannie łzy, bo wiedziałam, że już za późno. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że ten człowiek naprawdę potrafi pisać - oddał cały tragizm sytuacji, ukazał prawdziwość emocji i wstrząsnął czytelnikiem. Nie można odejść od tej książki i trzeba ją przeczytać do ostatniego słowa.

Strzeżcie się tego tytułu i nie przechodźcie obok niego obojętnie. To lekcja życia - pozwala uniknąć błędów i otworzyć oczy. Przygotujcie się jednak na powieść jakiej nigdy do tej pory nie czytaliście, wstrząsającą i piekielnie kontrowersyjną, w której aż kipi od nadmiaru emocji. To straszna książka - mocna, dosadna, tragiczna. Nigdy jej nie zapomnę.

sobota, 13 stycznia 2018

"Lila i Ethan: Nie kuś mnie" Jessica Sorensen

"Lila i Ethan: Nie kuś mnie" Jessica Sorensen, Tyt. oryg. The Temptation of Lila and Ethan, Wyd. Zysk i S-ka, Str. 376

"W jakim momencie należy przyznać się, że życie się rozpada? Nie tylko przed sobą, ale i przed całym światem. Kiedy w końcu powinnam komuś powiedzieć, co się tak naprawdę dzieje?"

Miałam pewne obawy jeśli chodzi o najnowszą powieść Jessiki Sorensen. Nie czytałam wcześniejszych książek cyklu, wystartowałam dopiero z trzecim tomem i kompletnie nie wiedziałam czy się w nim odnajdę. Postanowiłam zaryzykować przede wszystkim dlatego, że obietnicą kontynuacji byli nowi bohaterowie a wszyscy dookoła potwierdzali, że twórczość autorki ma to coś. Do tej pory znałam ją jedynie z książki "Przypadki Callie i Kaydena", która była dobra, ale nie wymusiła na mnie natychmiastowego sięgnięcia po kontynuację. Nowa seria miała być kolejnym krokiem ku twórczości Sorensen. Czy słusznie?

Tak, zdecydowanie. Może to przez brak jakiegokolwiek nastawiania lub po prostu - przez dobrą historię, ale autorka wywarła na mnie spore wrażenie. Nie przypominam sobie żebym bawiła się tak dobrze podczas lektury "Przypadków Callie i Kaydena". Czyżby autorka wzięła sobie do serca uwagi czytelników i wypracowała lepszy styl? Myślę, że tak ponieważ poprowadziła mnie przez ciekawą młodzieżową historię z miłosnym zabarwieniem, w której nie tylko uczucia stanęły na wysokości zadania, ale także ważniejsze tematy poruszane na pierwszym planie.

Autorka odwołała się asekuracyjnie do znanego schematu przeciwieństw między bohaterami, gry pozorów w jaką bawią się balansując na cienkiej linii i przyjaźni, która nigdy nie miała przerodzić się w coś więcej. Lila udając przed całym światem szczęście i opanowanie, nikomu nie mówi o swojej trudnej przeszłości i obecnej nieciekawej sytuacji. Woli, by wszyscy uważali ją za piękną i doskonałą. Ethan natomiast nie chce, by przyjaźń z Lilą weszła na inny poziom. Przez tragiczne wydarzenia z przeszłości boi się angażować emocjonalnie. Wie, że na końcu tej drogi może go czekać tylko kolejne cierpienie. Co jednak może zrobić, kiedy los uparcie pcha ich w swoje ramiona? Życie dziewczyny zmienia się w pasmo nieszczęść i wydaje się, że tylko Ethan jest w stanie wyciągnąć do niej pomocną dłoń. Relacja łącząca tą dwójkę komplikuje się na ich życzenie, bo problemy jakie spotkali na swojej drodze ku dorosłości nie nastroiły ich pozytywnie na angażowanie się w niepewne związki. Jednak cały urok w tym, by kibicować bohaterom w drodze ku szczęściu, bo zarówno Lila jak i Ethan są pozytywnymi postaciami, którym w życiu się nie poszczęściło a zdecydowanie zasłużyli na to, by w końcu wszystko się ułożyło.

Jessica Sorensen pisze bardzo lekkie powieści będące jednocześnie bazą dla trudniejszych tematów. Schematyczność o której pisałam powyżej w relacjach damsko-męskich ustępuje miejsca pomysłowym wydarzeniom dotykającym w tym przypadku brutalności świata, nałogu narkotykowego i przemocy, która nigdy się nie kończy mieszając to w dodatku pokręcone relacje rodzinne. Lubię takie książki, które poza historią o miłości kryją w sobie coś więcej a Sorensen jest doskonałym przykładem, że niewiele trzeba by przekazać prawdę o świecie na przykładzie bohaterów realnych i będących odzwierciedleniem nas samych.

Mroki przeszłości po raz kolejny ukazały swoje prawdziwe oblicze. "Lila i Ethan: Nie kuś mnie" to przykład książki życiowej, wartej przeczytania choćby dla samej świadomości podobnych wydarzeń gdzieś dookoła nas. Po lekturze tej książki nie pozostaje mi nic innego jak cofnąć się do poprzednich książek w serii i myślę, że nawet po raz drugi dam szansę serii o Callie i Kaydenie. Jessica Sorensen łączy ze sobą śmiech i łzy, bawi, intryguje i zmusza do przemyśleń a przede wszystkim zapewnia dobrą powieść dla tych, którzy poszukują czegoś więcej niż zwykłej powiastki o miłości.

czwartek, 11 stycznia 2018

"Sto dni szczęścia" Eva Woods

"Sto dni szczęścia" Eva Woods, Tyt. oryg. How to Be Happy, Wyd. Amber, Str. 400
POD PATRONATEM: ThievingBooks

Ile potrzeba czasu by zaznać prawdziwego szczęścia? Czy jest ono osiągalne i możliwe do zdobycia? Na wyciągnięcie ręki mamy propozycję szczęśliwych chwil, które urozmaicą nasze życie, ale czy można funkcjonować w świecie tak, by przez cały czas być szczęśliwym? Na to pytanie może odpowiedzieć bohaterka powieści Evy Woods - Annie Hebden.

Annie niestety nie jest szczęśliwa. I wszystko zapowiada się na to, że już nigdy nie będzie. Straciła nadzieję dawno temu i nie jest w stanie zrobić cokolwiek by na nową ją uchwycić. Zamknięta w bólu i rozpaczy odsunęła od siebie wszystko i wszystkich. Zamknęła się w sobie i odsunęła w cień. To smutne, ponieważ Annie pokazuje się przed czytelnikiem jako sympatyczna bohaterka, która zasługuje na szczęście i czytelnik ma ochotę zrobić wszystko, by kobieta mogła się uśmiechnąć.

Na całe szczęście do fabuły wkracza Polly - rezolutna i pomysłowa postać, która nie cofnie się przed niczym by zaznać szczęścia. Rzuca Annie wyzwanie by ta każdego dnia zrobiła rzecz jaka ją uszczęśliwi. Tym samym podejmuje misję udowodnienia kobiecie, że w sto dni jest w stanie nauczyć się być szczęśliwą. To bardzo ciekawy pomysł na fabułę i przyznaję, że motywujący. Kto z nas nie miałby ochoty być szczęśliwym od końca swoich dni i nie przeżywać gorzkich chwil rozczarowania? Biorąc przykład z Polly można śmiało spróbować podążać wyznaczoną przez nią drogą i odnaleźć własne szczęście. 

Nie spodziewałam się, że wybierając lekturę Evy Woods poczuję tak miłe zaskoczenie. Autorka z lekkością stworzyła barwne i intrygujące postacie z krwi i kości, gdzie każda z nich wyróżnia się czymś innym. W dodatku Woods wplotła do fabuły subtelne poczucie humoru i sprawiła, że - bądź co bądź - ciężki temat został zmieniony w wartościowe i jednocześnie lekkie do przyswojenia przesłanie. Jest jednak pewien minus w tej książce: zbyt proste potraktowanie tematu. Moim zdaniem książka ma wielki potencjał wykorzystany wyłącznie w połowie. Szkoda, by w obecnym wykonaniu książka jest bardzo dobra i gdyby pochylić się nad nią jeszcze bardziej mogłaby być jedną z lepszych historii jakie pojawiły się w propozycjach książek obyczajowych z przesłaniem.

Nie myślcie jednak, że "Sto dni szczęścia" to książka zła. Wręcz przeciwnie! Czyta się ja błyskawicznie i z ogromną przyjemnością. Wiele razy mój uśmiech przeplatały łzy i w pewnym momencie nie wiedziałam już naprawdę czy powinnam się smucić czy cieszyć. Polly uczy życia, sprawia że chce się czerpać z niego garściami i udowadnia, że z pozoru nic nie znaczące chwile można bez większego wysiłku obrócić w szczerą radość. Okazuje się, że wystarczy tylko chcieć, by szczęście, przyjaźń i miłość były na wyciągnięcie ręki. To bardzo mądra i warta każdego przeczytanego słowa historia z przesłaniem, od której nie można się oderwać i która pozostaje w głowie na długo. Polecam!

wtorek, 9 stycznia 2018

"Stało się" Magdalena Kuydowicz

"Stało się" Magdalena Kuydowicz, Wyd. Prószyński i S-ka, Str. 296
PREMIERA: 23 stycznia 2018r.

"Trzeba domknąć pewne sprawy, nim zacznie się nowe życie."

Czasami, dla relaksu, szukam powieści zupełnie niezobowiązujących a jednak wciągających. Nie jest to łatwe, bo zazwyczaj stawiam na nutę komedii a jak wiadomo - humor każdy z nas ma różny. Ale ryzykuję, szukam, próbuję. Tak też trafiłam na książkę "Stało się" - obiecującą dobrą zabawę w wysmakowanym stylu.

Na początku - przez opis i wstęp przedstawiający postacie zamieszane w zbrodnię - miałam wrażenie, że autorka podąża ryzykowną drogą wzornictwa na Agacie Christie. Na szczęście okazało się, że to tylko błędne pierwsze wrażenie, bo styl Magdaleny Kuydowicz jest zupełnie inny, bardziej przypominający opis historii obyczajowej niż kryminał. I nie wyczułam też - a pilnie studiowałam wszystkie zdania - podobnego zamiłowania jak u Christie w rozkładaniu profilów psychologicznych bohaterów na czynniki pierwsze. Nie tędy droga jeśli chodzi o tę powieść. To pozytywnie zakręcona, pomysłowa interpretacja komedii pomyłek inspirowana prozą Joanny Chmielewskiej.

Fabuła już od pierwszych stron wprowadza w tętniącą życiem akcję i działania przejawiające ducha zbrodni. W tajemniczych okolicznościach ginie kochanek dziennikarki telewizyjnej Matyldy Kwiatek. To zdarzenie ciągnie za sobą szereg niewyjaśnionych działań - w otoczeniu kobiety zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Matylda bez konkretnego powodu dostaje zwolnienie z pracy i by pocieszyć się po zadanym ciosie wyjeżdża wraz z przyjaciółką na wczasy odchudzające by pooddychać trochę nadmorskim powietrzem. Niestety - nigdzie nie ma spokoju. Seria morderstw wstrząsa tamtejszą społecznością a Matylda odkrywa w sobie pasję do rozwiązywania podobnych zagadek. 

Matylda to pozytywnie zakręcona bohaterka, która nie ma zahamowań. Prowadzi pierwszoosobową narrację, wita się z czytelnikiem i bez wstępnych ceregieli zaprasza go do swojego świata, w którym nic nie jest oczywiste. Wykreowana z pomysłem i dużą dawka dobrego poczucia humoru szybko zjednała sobie moją sympatię podobnie jak jej towarzysze w śledztwie - porucznik Kudełka czy przyjaciółka Natalia. Autorka ma rękę do kreowania bohaterów, ponieważ powołała do życia intrygujące i zabawne postacie za sprawą których wydarzenia nabrały koloru. To - jak na komedię pomyłek przystało - pociągnęło za sobą szereg nieoczekiwanych zwrotów akcji, mnóstwa niepowodzeń i ślepych zaułków, czyli wielką gratkę dla czytelnika który marzy tylko by przy podobnej książce dobrze się bawić.

"Stało się" to lekka i niesamowicie sympatyczna powieść okraszona dużym poczuciem humoru. Komedia kryminalna inspirowana twórczością królowej polskiego kryminału nawiązuje odrobinę do twórczości Joanny Chmielewskiej przede wszystkim dobrym stylem, pomysłem i zabawą. Spędziłam miło czas przy powieści Magdaleny Kuydowicz a jedyne czego żałuję to zdecydowanie zbyt krótkiej fabuły. To prosta, nieskomplikowana historia idealna dla relaksu.

niedziela, 7 stycznia 2018

Przedpremierowo: "Fake it" Sandra Nowaczyk

"Fake it" Sandra Nowaczyk, Wyd. Feeria, Str. 300
PREMIERA: 17 stycznia 2018r.

"- Nigdy to bardzo długo. Ale spokojnie. [...]. - Droga Sparks - mówi, unosząc ręce - mamy jeszcze prawie cały dzień."

Młoda, zaledwie siedemnastoletnia Sandra Nowaczyk zadebiutowała na rynku literackim powieścią "Friendzone", jedną z ciekawszych polskich propozycji młodzieżowych jaką czytałam w ubiegłym roku. Nic więc dziwnego, że skusiła mnie kolejna propozycja młodej autorki - tym ciekawsza, że zdaniem zapowiedzi przebijająca pierwszą powieść i nawiązująca do ważnego tematu.

Polubiłam twórczość Sandry Nowaczyk za sprawą jej lekkości pisania - nie boi się wspominać o tym co trapi jej bohaterów, z otwartością wychodzi do czytelnika by czarno na białym przedstawić wszystkie istotne dla jej fabuły kwestie. To odbija się w kreacji bohaterów. Niezależnie od tego czy pojawia się główna postać czy drugoplanowa, chwilowa kwestia - każdy ma swoje miejsce w tworzonej historii i nie bez znaczenia jest jego udział w danej sytuacji. Dzięki temu bohaterowie nabierają konkretnego znaczenia, stają się bliżsi czytelnikowi i z bagażem doświadczeń oraz otwartym profilem cech osobowości zapraszają do utożsamiania się z ich postrzeganiem świata. 

Autorka dobrze rokuje na przyszłość, bo już w drugiej książce znacznie poszła do przodu i o ile "Friendzone" to lektura, która spełniała wszystkie kwestie dobrej historii New Adult, o tyle "Fake it" faktycznie ruszyło do przodu i porównując obie książki pod względem stylu od razu można dostrzec, że młoda autorka słucha swoich czytelników i poprawia to co poprawy wymagało. To się chwali, jednak nie to jest najważniejszą kwestię - chodzi bowiem o obraz jaki Sandra Nowaczyk przedstawiła w swojej najnowszej propozycji. Obraz fabuły zmienił się nie do poznania, ponieważ na scenę wkroczyli dojrzalsi bohaterowie równi obranemu tematowi. 

Pozornie błahy motyw przewodni przewijający się w literaturze już wielokrotnie zaczął nabierać znaczenia wraz z rozwojem fabuły. Główna bohaterka Sparks podejmuje decyzje o samobójstwie, bo nie radzi sobie z rzeczywistością która ją otacza. Wiele lat temu, po zniknięciu jej mamy świat stał się ponurym miejscem pełnym pułapek, które dla analitycznego umysłu dziewczyny były tylko kolejnym problemem trudnym do przejścia. Jednak tuż przed ostatecznym krokiem Sparks postanowiła wybrać się do miejsca, w którym raz na zawsze miała zakończyć konflikt z własnymi uczuciami. Ta decyzja okazała się punktem zwrotnym w jej życiu i elementem przełomowym w fabule - błahość rozgrywanych scen nagle rozmyła się na tle ważnego tematu, powoli nabierającego kształtów wraz z pojawieniem się postaci, która rzuciła głównej bohaterce wyzwanie. Od tego miejsca akcja nabiera tempa, strony same zaczynają kartkować się jedna za drugą a czytelnik pozostając pod urokiem rozgrywanych wydarzeń sam już nie wie komu wierzyć. 

Jedno jest pewne - młoda autorka ma w zanadrzu wielką wyobraźnię, którą stosuje w walce z niedowiarkami. Kto sądził, że współczesna polska literatura młodzieżowa nie jest warta poznania, nie czytał książek Sandry Nowaczyk. "Fake it" to powieść, która zaskakuje, zmusza do myślenia, zapada na długo w pamięć i przede wszystkim - na moment odbiera mowę, gdy w finale opada mgła. Dojrzali bohaterowie pełnią kluczową rolę w fabule odpowiadającą na ponadczasowe pytanie jak to jest znaleźć bratnią duszę, która bez słów rozumie nasze lęki i pragnienia oraz bez której świat traci wszystkie kolory. Jesteście gotowi podjąć wyzwanie?

piątek, 5 stycznia 2018

"Ziemia przeklęta" Phillip Lewis

"Ziemia przeklęta" Phillip Lewis, Tyt. oryg. The Barrowfields, Wyd. Prószyński i S-ka, Str. 488
PREMIERA: 9 stycznia 2018r.

"Jestem Henry Aster. Jestem pisarzem. Czy mogę zapytać, jak ty masz na imię?"

Lubicie ambitną literaturę? Ale tak napisaną ze smakiem, pomysłem i w stylu powieści obyczajowych, dzięki czemu dobrze się je czyta? W przerwie między mało skomplikowanymi lekturami wybieram także te książki, które kryją w sobie potencjał. Tym razem postanowiłam sprawdzić, czy "Ziemia przeklęta" należy do powieści o których warto mówić.

Phillip Lewis zadebiutował tą powieścią i pozwolił by czytelnicy odkryli jego talent poprzez wysoko postawioną poprzeczkę. Dojrzałym stylem, z nawiązaniem do ulotności życia i chwil dnia codziennego przedstawił obraz dorastania chłopca, który w życiu nie miał łatwo. Moim zdaniem autor zbyt ambitnie podszedł do swojego debiutu i trochę przesadził z kreacją głównego bohatera: chciał stworzyć go jako obraz chłopaka a następnie mężczyzny godnego naśladowania a w rezultacie Henry Aster wydał mi się trochę przerysowany. Zacznijmy jednak od początku.

Tuż przed narodzinami Henry'ego jego ojciec - ambitny człowiek o wielkim umyśle - postanowił ponownie osiedlić się z żoną w małym miasteczku w Appalachach. Tutaj spędził swoją młodość i pozwolił by syn w domu z żelaza miał możliwość naśladowania jego zachowań. Błyskotliwość ojca jednak nie pomogła mu w dojrzewaniu - jedna tragedia przekreśliła wszystko co osiągnęli i gdy mężczyzna wpędzony w głęboką depresję postanowił opuścić swój dom, także Henry nie zamierza zostać w ponurej rezydencji. Czas ucieka a przeszłość upomina się o ofiary: chłopak wraca, by zmierzyć się z demonami.

Nie będę ukrywać, że to trudna powieść. Wymaga dużego zaangażowania i na pewno nie przeczytacie jej w jeden wieczór. Z jednej strony to dobrze, bo warto przystopować na moment i przyjrzeć się z bliska wartościom do jakich nawiązuje autor - dzieciństwa, które kształtuje całe nasze życie, trudnych powrotów i naprawiania ledwo zabliźnionych relacji. Phillip Lewis postanowił na przykładzie Henry'ego pokazać cały trud dojrzewania ze wzlotami i upadkami, ale jednocześnie - jak wcześniej napisałam - zbyt ambitne podejście do sprawy miejscami przesłaniało obraz wiarygodności i przywoływało na myśl zbyt dosadną próbą otworzenia czytelnikowi oczu na świat. Jednak z drugiej strony czytelnik, który właśnie tego oczekuje od dojrzałej literatury nie poczuje się rozczarowany - Henry drobiazgowo opisuje wszystko co go spotkało, zagłębia się w detale i własne myśli, cofa się do przeszłości i wraca do teraźniejszości - próbuje stworzyć swoją narracją głęboki obraz prawdziwego życia.

"Ziemia przeklęta" to dobra książka, chociaż nie sądzę by autor w pełni wykorzystał jej potencjał. Phillip Lewis znajdzie tyle samo zwolenników co przeciwników swojej debiutanckiej powieści i nie będę się temu dziwić - ja osobiście stoję gdzieś pośrodku, bo chociaż przeczytałam jego książkę do ostatniego zdania, czuję trochę przesyt wszystkich mądrości opartych na życiu głównego bohatera. Nie mniej to mądra książka, subtelna w formie a dosadna w przesłaniu, wielowątkowa i niespodziewanie wciągająca. Opowiada o prawdziwym życiu od początku do końca. Chociaż dostrzega się w niej niedociągnięcia ona sama wciąga i intryguje - tym razem musicie zdecydować sami czy to odpowiednia propozycja dla Was.

środa, 3 stycznia 2018

"Lab Girl" Hope Jahren

"Lab Girl" Hope Jahren, Tyt. oryg. Lab Girl, Wyd. Kobiece, Str. 432

"Miłość i nauka są do siebie podobne pod tym względem, że nigdy nie idą na zmarnowanie."

Czasami nie trzeba wiele by jeden pozornie zwykły temat zmienił się w inspirację i kusił chęcią dalszego poznawania. Świat roślin, biologia, chemia - to motywy, które ostatnio często goszczą w literaturze pod postacią książki faktu. Nie spotkałam się jednak - aż do tej pory - ze sfabularyzowaną formą opowiadającą o fascynacji przyrodą. 

Hope Jahren napisała autobiograficzną powieść o własnym życiu, w którym podjęła się realizacji marzeń. "Lab Girl" została napisana z perspektywy autorki w pierwszoosobowej narracji, dzięki czemu nie tylko życie Hope Jahren pojawia się na pierwszym planie, ale także uczucia i emocje jakie towarzyszyły jej w drodze ku spełnieniu. Myślę jednak, że nie byłoby tego wszystkiego gdyby nie wrodzony talent autorki do pisania. Zamiast typowego dialogu naukowca otrzymałam powieść o życiu, miłości i marzeniach, w której jako osoba z zewnątrz bez problemu mogłam się odnaleźć i nawet na moment nie przeszło mi przez myśl, że atmosfera jest przyciężka.

Hope Jahren pisze do swoich czytelników, nie zamyka się w ciasnym świecie naukowca. Wprowadziła mnie do własnego życia z każdym szczegółem, detalem dotyczącym jej dzieciństwa, rodziny i pomysłów na siebie. Miałam możliwość dojrzewać wraz z autorką, gdyż powieść rozpoczyna się od początku, czyli od wczesnego dzieciństwa Jahren. Bez wątpienia duży wpływ na jej (indywidualne!) decyzje miał ojciec, który zabierał ją wraz z braćmi do swojego laboratorium i od najmłodszych lat wpajał miłość do roślin i nauki. 

Chociaż bardzo tego chciała - życie Hope nie było usiane różami. Pełne wyboistych dróg i przeciwności losu raz za razem rzucało je kłody pod nogi. Autorka otwarcie pisała o wszystkich swoich problemach i nie zabarwiała rzeczywistości. To przekonało mnie do jej osoby. Przyznaję, że polubiłam Hope Jahren i dostrzegłam w niej kobietę wyjątkową, fascynującą, pełną determinacji do realizacji tego co kocha. Dużo przeszła by ciężką pracą i uporem uzyskać dostęp do szczęścia. Walczyła a walka ta widoczna jest jak na dłoni - dzięki jej autobiograficznej powieści ukazującej ją jako zwykłą kobietę, która dokonała niezwykłych czynów. Miłość do świata roślin przysłoniła jej wszystko co miała, wiele razy Hope musiała stanąć przed wyborem i zdecydować się wyłącznie na jedną z opcji, bezpowrotnie w tyle pozostawiając drugą. A jednak zwyciężyła - i za to zwycięstwo zawsze będzie moją inspiracją. 

Kto by pomyślał, że tak niepozorny na pierwszy rzut oka zawód może prowadzić do walki przelanej potem i łzami? "Lab Girl" to jedna z ciekawszych propozycji autobiograficznych, bo przybliża czytelnika do prawdziwego życia. Nie dziwię się, że trafiła na tą samą półkę co inne bestsellery. Książka Hope Jahren to szczera wizja człowieka marzącego, a jak wiadomo - marzenia to podstawa do szczęścia i motywacji w dalszym życiu. Polecam jednak spojrzeć na fabułę w szerszym znaczeniu - jako realizację własnych założeń, wiarygodność własnych czynów. Pierwszy raz świat nauki stał się dla mnie przyjemnością.

wtorek, 2 stycznia 2018

PRZEDPREMIEROWO: "Jesteś moja" Helen Klein Ross

"Jesteś moja" Helen Klein Ross, Tyt. oryg. What Was Mine, Wyd. Prószyński i S-ka, Str. 368
PREMIERA: 11 stycznia 2018r.

"Gdybym tylko zatrzymała ją na chwilę, wszystko mogłoby się potoczyć inaczej, to właśnie powtarzałam sobie przez całe lata."

Książki z serii Kobiety to czytają! to niezwykle emocjonalne historie nie tylko dla pań, w których prawda o życiu przeplata się z lawiną uczuć o których nie można szybko zapomnieć. Nie po raz pierwszy bez najmniejszego wahania zdecydowałam się na kolejny tytuł z serii i po uszy zaangażowałam się w rozgrywane wydarzenia.

"Jesteś moja" to wyjątkowa powieść, która już od pierwszych stron chwyta za serce. Dojrzała emocjonalnie, bogata w życiowe prawdy dotyka trudnego, ale i wartego poznania tematu. Nie po raz pierwszy w literaturze poruszany jest temat matczynej miłości tak wielkiej, że prowadzącej do tragedii. Lucy Wakefield, bohaterka powieści to przykład niepozornej osoby, która w akcje desperacji popełniła niewybaczalny społecznie czyn. Majętna, wykształcona kobieta zabiera niemowlę pozostawione w wózku na zakupy i wychowuje dziewczynkę jako swoje dziecko. Jej tajemnica wychodzi na światło dnia dopiero po wielu latach i zbiera gorzkie konsekwencje czynu.

Nie winię Lucy, właściwie to bardzo ją polubiłam. Helen Klein Ross zdecydowała się na pierwszoosobową narrację podzieloną na dużą liczbę bohaterów - Mię, porwaną dziewczynkę, jej biologiczną matkę, samą Lucy czy innych bliskich osób kobiety, mniej lub bardziej zaangażowanych w rozgrywane wydarzenia. Dzięki temu otrzymałam jasne spojrzenie na sprawę z każdej możliwej strony, zajrzałam w głąb umysłów bohaterów i zrozumiałam każdą prezentowaną postawę wobec jednego wydarzenia. Autorka postarała się o wykreowanie wiarygodnych, pełnowymiarowych bohaterów na tle dojrzałej i trudnej do jednoznacznej oceny sytuacji.

Lekki styl autorki idealnie łączy się z poważnym tematem i tworzy aurę tragedii opatrzonej dużą dawką emocji. Stawiając się w sytuacji bohaterów nie jestem w stanie jednoznacznie stwierdzić kto miał rację a kto nie. Owszem, Lucy popełniła niewybaczalny czyn, ale patrząc na nią z perspektywy czasu - nie zrobiła Mii krzywdy w wychowywaniu jej, więc czy to po części jej nie tłumaczy? Bez wątpienia to powieść, która budzi skrajne emocje i w mniejszym lub większym stopniu podzieli czytelników. Osobiście staję pośrodku, sama nie wiedząc po której ze stron powinnam się opowiedzieć, ale bez wątpienia jestem zachwycona przeczytaną fabułą i kreacją bohaterów. Dawno nie czytałam już tak dojrzałej powieści obyczajowej, przepełnionej prawdziwą prozą życia.

"Jesteś moja" to powieść, która trafia w serce i bierze je w posiadanie do ostatniego przeczytanego słowa. Liczyłam na historię pełną wrażeń, ale nie spodziewałam się, że książka tak bardzo przypadnie mi do gustu. Piękna, przejmująca powieść o bólu i stracie, o budowaniu życiu na nowo i kłamstwie przepełnionym nutą nadziei. Jedna decyzja zaważyła na życiu całej rodziny - a o konsekwencjach jakie z tego powstały przeczytajcie sami. Wierzcie mi - to powieść, która poruszy Was do głębi i nie pozwoli o sobie zapomnieć.