czwartek, 27 kwietnia 2017

"Dziewczyna na miesiąc. Styczeń - luty - marzec" Audrey Carlan

"Dziewczyna na miesiąc. Styczeń - luty - marzec" Audrey Carlan, Tyt. oryg. Calendar Girl Volume One, Wyd. Edipresse, Str. 420

"I tak, mogę cię kochać, a potem puścić wolno. Ale zawsze będziesz mieć tę miłość przy sobie."

Czasami są chwile, kiedy potrzebujemy powieści lekkiej, przyjemnej i niezobowiązującej, żeby nasze szare komórki mogły trochę odpocząć. Kiedyś widziałam w tej roli typowe kryminały dla kobiet, ale od niedawna - kiedy to powieści erotyczne szturmem podbiły księgarnie - w chwilach odpoczynku decyduję się właśnie na książki tego typu. Tak trafiłam na wiele mniej lub bardziej ciekawych lektur oraz na serię Calendar Girl - przy której dzisiaj chciałabym się zatrzymać.

Powieść Audrey Carlan otwiera czterotomową serię, która wymieszała w sobie gatunek mocnej powieści romantycznej, odrobiny sensacji i erotyki. Muszę przyznać, że chociaż podobne książki giną w morzu schematów - ta lektura jest trochę inna. Nie chodzi o to, że nie przebija się przez nią mentalność naiwnej dziewczynki goniącej za miłosnymi uniesieniami, ale to w końcu filar powieści erotycznych, więc nie ma co tutaj torpedować z miejsca pomysłu. Szczególnie, że autorka zaskoczyła mnie swoim stylem, który przeprowadził mnie przez całą powieść z nutą zaciekawienia i uznania. Audrey Carlan ma lekką rękę do kreowania postaci - udały się jej zarówno męskie wzorce jak i główna bohaterka, która nie drażni ani nie irytuje! - oraz do tworzenia całkiem pomysłowej fabuły. To wszystko podziałało na korzyść jej serii, bo mam wrażenie, że wyróżni się na tle innych książek z tego gatunku.

Polubiłam Mię, wbrew jej podejściu do życia. Młoda, bo zaledwie dwudziestoczteroletnia, już od dzieciństwa dostawała od życia w kość. Porzucona przez matkę musiała podjąć się opieki nad młodszą siostrą i zapomnieć o uzależnionym od alkoholu ojcu. Jak na złość szukając akceptacji i poczucia bezpieczeństwa raz za razem wchodziła w toksyczne związki, które zaprowadziły ją na kraj rozpaczy - i obecnej sytuacji w jakiej się znalazła. Ostatni z jej ukochanych naciągnął uzależnionego od hazardu ojca Mii na kwotę miliona dolarów, a egzekucję długu zaczął stopniowo przeprowadzać bez żadnej gry wstępnej. Brutalnie otworzył dziewczynie oczy na prawdziwe ryzyko i ta - siłą rzeczy - musiała zaryzykować. Postać Mii to przykład dziewczyny niedowartościowanej i pokiereszowanej przez życie, ale jednocześnie dumnej i trochę zadziornej. Nie da się jej nie polubić, mając świadomość tego przez co przeszła, a jednocześnie śledząc jej obecne poczynania. I choć wiele jej wyborów chciałoby się z miejsca podważyć zasypując ją lawiną kontrargumentów - czytelnik pozostawia to raczej dla siebie i śledzi jej losy z czystym zaciekawieniem.

Pierwszy tom serii Audrey Carlan zaskoczył mnie pomysłem na fabułę. Mia by ocalić rodzinę od tragedii udaje się po radę do ciotki, która oferuje jej miejsce w swoim klubie - „Luksusowe Przyjaciółki". W celu zarobienia szybkich pieniędzy dziewczyny zostają wypożyczane do towarzystwa na dwadzieścia cztery dni tym, którzy mają na to ochotę. To całkiem ciekawe rozwiązanie, bo chodzi wyłącznie o dotrzymanie towarzystwa bez miłosnych uniesień. Oczywiście gatunek nie byłby sobą, gdyby nie wprowadził kilka ostrzejszych scen, ale wyłącznie z dobrej woli zainteresowanych stron. I choć brzmi to nawet zabawnie - całość wydaje się przemyślana, jakby autorka nie rzuciła się na głęboką wodę bez sensu, ale z przygotowanym wcześniej planem.

"Dziewczyna na miesiąc" nie jest lekturą przełomową, nie burzy murów utartych schematów i nie zostawia daleko w tyle książek jej podobnych, ale to nie zmienia faktu, że jest całkiem intrygująca. Z przyjemną bohaterką u boku z przyjemnością śledziłam rozwój wydarzeń. Tragedia, dramatyzm, dystans i na końcu nieoczekiwana miłość połączyły się w jedno i stworzyły historię lekką i przyjemną. Pamiętajcie jednak, że to lektura dla starszych czytelników przez wzgląd na swoją otwartość wobec scen łóżkowych, ale jeśli macie odwagę - ryzykujcie. Warto.

środa, 26 kwietnia 2017

"Odezwij się" Magdalena Zimniak

"Odezwij się" Magdalena Zimniak, Wyd. Prozami, Str 367

"Kochanie, musimy być silni. Dla nich."

Rodzina Mielczarków na pierwszy rzut oka mogłaby stanowić wzór dla wielu innych rodzin. Joanna jest nie tylko nauczycielką, ale i autorką kryminałów. Jej mąż Andrzej wykłada na uczelni. Łączy ich silna więź, która przelewana jest także na dzieci - Adę i Rafała. Przyglądając się im z boku można śmiało powiedzieć, że stanowią książkową definicję relacji rodzinnych. Jednak czasami pierwsze wrażenie może okazać się zwodnicze, a podjęte decyzje prowadzić do tragedii...

Powieść Magdaleny Zimniak wprowadziła mnie do świata zwykłej rodziny, która zamknięta w swoim świecie przestała dostrzegać to co ją otacza. A w tym - także siebie nawzajem. Zatracając się we własnych ambicjach Joanna i Andrzej zapomnieli o tym, że mają w domu trzynastolatkę - powoli wkraczającą na drogę dorosłości Adę. Dziewczynka zaczęła przejawiać dziwne oznaki nienaturalnego zachowania, które zaczęły rzucać się w oczy czytelnikowi - ten raz dwa dostrzega, że dzieje się coś niedobrego, gdy ta zaczyna obsesyjnie dbać o czystość czy godzinami chodzić po własnym pokoju. A mimo to rodzice nic z tym nie robią, co czytelnika zaczyna doprowadzać do szału - chciałby otworzyć im oczy, może nawet nimi potrząsnąć, by dostrzegli nieuchronnie zbliżającą się tragedię.

Nie znam wcześniejszych książek autorki, ale ta przyciągnęła moją uwagę gatunkiem - uwielbiam książki o zabarwieniu psychologicznym, bo mogę przy nich otworzyć swój umysł i trochę pogłówkować. "Odezwij się" jest świetnym tego przykładem, bo śledząc losy zwykłej rodziny nie spodziewałam się szybkiego zwrotu akcji - Ada i Rafał któregoś dnia po prostu nie wracają do domu. W głowie czytelnika pojawia się mnóstwo znaków zapytania, bo to coś zupełnie nieoczekiwanego. Jak to możliwe, że dwójka dzieci jednego dnia przepada jak kamień w wodę? W dodatku zaangażowana w sprawę policja bezradnie rozkłada ręce. W tym momencie dostrzegłam pierwszą rysę na tle rodziny Mielczarków - ich sekrety rodzinne powoli zaczęły wychodzić na światło dnia, a każda kolejna uwaga to szok, zaskoczenie i niedowierzanie.

Autorka w fantastyczny sposób wprowadziła mnie do siata zwykłej rodziny, subtelnie dała mi odczuć, że dzieje się coś niedobrego w życiu jednego z dzieci, po czym skutecznie zmieniła taktykę i za sprawą zniknięcia dzieci uwolniła demony przeszłości. W dodatku cała sprawa oparła się na rodzinie, w której członkowie na pierwszy rzut oka mocno ze sobą związani zaczęli przejawiać indywidualne cechy charakterów, zupełnie różne niż te, które poznałam na początku. To wzbudziło moją nieufność i zaczęło otwierać mi oczy - na rodzinne problemy, problemy psychologiczne i społeczne, gdzie pedofilia, aborcja czy nerwica natręctw wciąż pozostają w granicach tematów tabu. Autorka zbudowała na fasadach rodzinnych powieść mocno bazującą w klimacie thrillera psychologicznego i krok po kroku zaczęła ujawniać prawdę - przede wszystkim poprzez przedstawienie mocnej analizy psychologicznej postaci.

"Odezwij się" to moje pierwsze spotkanie z twórczością autorki, ale za to jakże udane. Nie spodziewałam się, że otrzymam tak wartościową i zaskakująco dobrze dopracowaną historię. Jest w niej wszystko to, co przyciąga uwagę czytelnika - głęboka fabuła zmuszająca do myślenia, nieoczekiwane zwroty akcji i realni, pełnowymiarowi bohaterowie, których każdy może interpretować na swój sposób. W tej książce poruszono wiele ważnych tematów i jednocześnie zaproponowano nowe rozwiązanie. Jakie? Przekonajcie się sami, bo obok tej lektury nie powinniście przechodzić obojętnie.

wtorek, 25 kwietnia 2017

"Rzecz o ptakach" Noah Strycker

"Rzecz o ptakach" Noah Strycker, Tyt. oryg. The things with feathers, Wyd. Muza, Str. 336

Po spektakularnym sukcesie "Sekretnego życia drzewa" zaczęły pojawiać się publikacje z literatury faktu, które przybliżają tajniki fauny i flory. Według mnie to doskonałe posunięcie, bo to nie tylko poszerza naszą wiedzę na ten temat, ale przede wszystkim dzięki temu pojawiają się warte przeczytania lektury. Tak trafiłam na "Rzecz o ptakach" - książkę niezwykle wartościową pod wieloma względami.

Moją mocną stroną jest zdecydowanie świat zwierząt i to na takie publikacje bardziej zwracam uwagę. Jednocześnie oczekuję od nich poszerzenia mojej wiedzy i być może dostarczenia ciekawostek, które przedstawione w interesujący sposób zapadną mi w pamięć. O ptakach wiem niewiele, dlatego byłam ciekawa tego, co uda mi się wynieść z lektury Noaha Stryckera. Według opisu na okładce to przyrodnik i podróżnik, który zna się również na posługiwaniu słowem. To ważne, bo każdy przyrodnik może napisać książkę o tym co go interesuje, ale nie każdy może zainteresować nią czytelnika.

W przypadku tej książki oddaję honor autorowi, bo faktycznie potrafi on pisać jak nie jeden dobrze tytułowany pisarz beletrystyki. Jego styl przypominał mi opowieść kogoś, kto wie co mówi i ma świadomość z kim rozmawia - w jasny sposób przekazał mi, kompletnemu laikowi, jak funkcjonuje świat ptaków przekładając go na życie ludzi. Muszę przyznać, że jestem zachwycona jego publikacją, bo kompletnie nie spodziewałam się, że otrzymam tak bogatą w wiedzę i wartościową lekturę.

Zacznę od tego, że "Rzecz o ptakach" podzielona jest na trzy rozdziały: ciało, umysł, duch. Każdy z nich ma swoje podrozdziały, w których nawiązuje do danego gatunku ptaka i ich cech charakterystycznych. Tak poznałam na przykład nawigację gołębi, strach pingwinów czy uwodzenie według altannika. Ale to co zaskoczyło mnie najbardziej, to nie tyle mnóstwo informacji dostępnych na wyciągnięcie ręki i przedstawionych w bardzo łatwy do przyswojenia sposób, ale przełożenie mowy ptaków na zachowanie ludzi. 

Noah Strycker nie napisał typowej książki z suchymi faktami, ale stworzył kompletny obraz od początku do końca. Przykładowo, gdy przedstawiał zachowanie gołębi opisał jak siedział w barze, obserwował gołębie i przypomniała mu się pewna historia gdy... I tak właśnie to wygląda - fakty przełamywane są wydarzeniami z życia wziętymi, bo w końcu autor to także podróżnik i wiele w życiu widział, ale przywoływał także historie zasłyszane od innych. W dodatku każdy ruch ptaka przekładał na przykład człowieka czy innego zwierzęcia i dzięki temu stworzył obraz bardzo wiarygodny - nie ma tutaj dylematów nad ptakami jako nieodkrytą formą nowego umysłu, lepszego od człowieka, nie ma tutaj gdybania czy przedstawiania ptaków w baśniowej odsłonie. Każdy podrozdział to konkretny fakt i jego kontrargumenty.

"Rzecz o ptakach" to literatura z najwyższej półki. Zabierając się do lektury myślałam, że poznam kilka faktów z życia ptaków, a tak naprawdę dostałam wielki zbiór życiowych prawd, doświadczeń i mądrości. Po lekturze tej książki czuję się bogatsza w wiedzę o której do tej pory nie miałam żadnego znaczenia, a jej zakres jest bardzo daleki - dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o człowieku, ptakach, zwierzętach. Jestem zachwycona lekturą Stryckera i jego świeżym spojrzeniem na fakty, nie zapominam też o tym, że w jego książce przewinęło się też sporo słów takich jak "może" czy "zapewne" co przedstawiło go w świetle człowieka a nie osoby wszystkowiedzącej za jaką uważa się spora część przyrodników. Uważam, że to lektura obowiązkowa!

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

"Losy Tearlingu" Erika Johansen

"Losy Tearlingu" Erika Johansen, Tyt. oryg. The Fate of the Tearling, Wyd. Galeria Książki, Str. 520

"Ci ludzie są tak piekielnie dumni ze swojej nienawiści! Nienawiść jest wygodna i przychodzi z łatwością."

Nadszedł czas poznania finału serii Eriki Johansen, na który osobiście czekałam od niedawna, ale wiem, że wielu z Was nie mogło się już go doczekać od dnia ukazania się pierwszej części. Wcale się nie dziwie, bo takie książki do siebie przyciągają - dopracowane, wciągające, dojrzałe.

Autorka zdobyła moje uznanie przede wszystkim przez świadomość, z jaką stworzyła wizję Tearlingu. To świat daleki i głęboki jak wzrok nie sięga i dopracowany w każdym detalu. Tearling otworzył przede mną wizję dojrzałej fantastyki, w której dylematy głównych bohaterów z czystym sumieniem mogę nazwać mianem wartościowych i ważnych. To przeświadczyło moje zaangażowanie w cykl i dwa pierwsze tomy udało mi się przeczytać ciągiem w zaledwie kilka dni - a po tym przyszło czekać mi tylko na finał.

Główna bohaterka, która skupia na sobie całą uwagę czytelnika - Kelsea Glynn w zaledwie rok przemieniła się ze zwykłej nastolatki w królową Tearlingu, która z dumą piastuje to stanowisko. To zaskakujące jak dynamicznie rozwinęła się jej postać i jak wiele pracy włożyła w jej kreację autorka, co widać i co można docenić właśnie na przestrzeni trzech tomów. Kelsea przeszła długą drogę - najpierw została koronowana, później uwięziona a teraz oddała się w ręce wroga. Można by pomyśleć, że to absurdalny krok dziewczyny, która przecież świeciła przykładem determinacji i miłości do swojego królestwa. Ale jedno trzeba jej oddać - ma nie tylko zdolności przywódcze, ale potrafi chłodno kalkulować i logicznie myśleć. Dzięki temu wie, co jest najważniejsze dla jej poddanych. To godne podziwu, bo nie często zdarza się postać tak dojrzała i silna, na której można by wzorować się w codziennym życiu.

Erika Johansen stworzyła serię bardzo dojrzałą, osadzoną mocno w ramach powieści fantasy, ale jednocześnie ukazującą wiele życiowych prawd. Dzięki temu zarówno fabuła jak i wszyscy bohaterowie nabrali znaczenia, pełnowymiarowości, gdzie w skali historii wartych uwagi uplasowali się na czołowym miejscu. Dlatego miałam wielkie oczekiwania jeśli chodzi o finał wszelkich wydarzeń, ale - przyznaję - tego co otrzymałam kompletnie się nie spodziewałam. Autorka z pełną świadomością wyszła naprzeciw oczekiwań swoich fanów i stworzyła zakończenie, które na długo zapada w pamięć a jednocześnie wywołuje lawinę sprzecznych emocji - pęka serce, z oczu płyną łzy, pojawia się uśmiech, bo wszystko jest tak strasznie oczywiste, a jednak nie sposób tego pojąć. Tak właśnie kończą się przygody Tearlignu - angażując czytelnika do samego końca. Pierwszy tom był zaledwie preludium, drugi - zaangażowaniem w bezkres stworzonego świata, ale to trzeci zasługuje na wielkie brawa: za kontynuację wszystkich niedomkniętych wątków, za wyjaśnienie spraw, które od dawna nie dawały czytelnikowi spokoju i za sam finał, niemal rozrywający serce na kawałki.

"Losy Teralingu" to idealne zakończenie ulubionej serii. Mocne, z przytupem, warte każdej wylanej łzy czy uśmiechu zrozumienia, choć odrobinę gorzkiego. Myślę, że nikt z nas nie myślał, w jakim kierunku podążają myśli autorki aż do momentu, gdy w finalnym tomie zaczęliśmy dostrzegać kierunek fabuły. Takich książek, takich serii absolutnie się nie zapomina, dlatego tym, którzy serii jeszcze nie znają polecam wrócić do pierwszego tomu i jednocześnie zaopatrzyć się we wszystkie tomy, bo z doświadczenia wiem, że nie będziecie mogli oderwać się od lektury do samego końca. A znając już finał - przez pewien czas nie będziecie mieli ochoty zaglądać do innych powieści.

Przedpremierowo: "Tysiąc pięter" Katharine McGee



"Tysiąc pięter" od Katharine McGee to propozycja powieści młodzieżowej w stylu Słodkich kłamstewek i Plotkary. Misternie utkana sieć kłamstw na wszystkich poziomach Wieży zaczyna przelewać czarę goryczy i ujawniać tajemnice.
Romanse, sekrety, zdrady, rodzinne niesnaski i wielkie namiętności - trudno się w tym odnaleźć, bo nikt nie mówi otwarcie o swoich uczuciach!




Ile bohaterek - tyle miłosnych uniesień! Ile bohaterów - tyle potrojonych sekretów! Nie zwlekajcie - https://www.instagram.com/tysiacpieter/- powieść już czeka na Was w księgarniach ;)



W ostatnich dniach mogliście przeczytać na blogu plotkarskie relacje czterech głównych bohaterek:
-Ledy - tutaj,
-Avery - tutaj,
-Rylin - tutaj,
-Eris - tutaj,
Która z nich przypadła Wam najbardziej do gustu? ;)

niedziela, 23 kwietnia 2017

"Ściana Burz" Ken Liu

"Ściana Burz" Ken Liu, Tyt. oryg. The Wall of Storms, Wyd. SQN, Str. 768

"Władca z pewnością zdoła zorganizować jakąś namiastkę akcji ratunkowej, kiedy piraci nasycą już swą żądzę plądrowania [...]."

Kto czytał pierwszy tom serii, czyli "Królowie Dary" ten wie, że autor wie jak napisać powieść fantasy, by ta trzymała w napięciu od pierwszej do ostatniej strony. Jeśli nie mieliście jeszcze przyjemności zapoznać się z lekturą - musicie uwierzyć mi na słowo i jak najszybciej nadrabiajcie zaległości.

Osobiście długo czekałam na przeczytanie kontynuacji, bo w pierwszej części całkiem nieźle się odnalazłam. A z doświadczenia wiem, że jeśli jakaś książka z tego gatunku zainteresuje mnie już pierwszym tomem - śmiało mogę sięgać po kontynuacje z nadzieją, że będzie jeszcze lepiej. W przypadku serii Kena Liu nie bałam się szczególnie, że drug tom mnie zawiedzie, bo widziałam jak wiele uwagi i pracy poświęcił "Królom Dary".

Seria Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu mocno skupia się wokół cywilizacji stworzonej na bazie fantastyki i nuty chińskiego cesarstwa. Na pierwszy rzut oka widać reguły i zasady, których złamanie będzie surowo karane, a które nadają historii wiarygodności - wyznaczają granice, które choć względnie ukryte mają pieczę nad tymi niepokornymi. Fabuła stanowi kontynuację wydarzeń z pierwszego tomu i pokazuje Kuni Garu w roli Ragina - cesarza Dary. Wziął on na swoje barki rozwój cesarstwa i obcowanie z ludem, którego wymagania stale rosną. Względne poczucie spokoju pęka jak bańka mydlana, gdy do granic wyspy dociera Lyucu wraz ze swoimi skrzydlatymi przyjaciółmi. Wybucha chaos i panika, a wichrzyciele zaczynają ujawniać się wśród grona najbardziej zaufanych przyjaciół Kuni.

Nadszedł kryzysowym moment dla mieszkańców wysp i dla nowego cesarza. Ken Liu wprowadził mnie na nowo do mrocznego świata wojny i buntu, gdzie szczęście to tylko pozorne chwile. Przyznaję - to fantastyka z krwi i kości, w której trzeba się odnaleźć by ją polubić. Mnie autor przekonał do siebie przede wszystkim swoją pracą, w której widać ogrom zaangażowania. Jego precyzja w kreowaniu licznych bohaterów przechodzi najśmielsze oczekiwania, gdy poznaje się na każdej stronie nowe postacie o zupełnie indywidualnym doborze cech charakteru. W dodatku stworzony przez niego świat z miejsca przedstawia ogrom nieograniczoności, otwierającej drogę do stworzenia czegoś nieoczekiwanego i wielkiego - można się w nim zatracić i zgubić. A gdyby to Was nie przekonało, musicie wiedzieć, że styl Liu to subtelność i lekkość, co zaskakuje patrząc na mocno osadzoną w ramach orientalnej kultury wschodniej akcję. Udało mi się wyłowić pośród rozgrywanych wydarzeń kilka pięknych zdań nad którymi mogłam na moment się zatrzymać.

Jestem zadowolona z kontynuacji. Oczekiwałam natłoku wydarzeń i właśnie to dostałam - wielkimi krokami zbliżała się wojna i chaos, w którym można było się zagubić. I tak właśnie się stało: na kilka dni przepadłam w historii Liu co nawet trochę mnie dziwi, bo zazwyczaj w fantastykę nie angażuję się aż tak bardzo. Jestem pewna, że "Ściana Burz" spełni Wasze oczekiwania i nawet nie jeden raz Was zaskoczy. Dajcie jej szansę a otrzymacie gwarantowaną przygodę.

sobota, 22 kwietnia 2017

PlotkaraBlog - Eris || "Tysiąc pięter" Katharine McGee

 
Hej!
     Ostatnio między ścianami Wieży słychać szepty, które niosą ze sobą nad wyraz ciekawe informacje. Już dawno na wszystkich piętrach nie działo się tak dużo jak teraz! Dramaty rodzinne to nic w porównaniu z perypetiami miłosnymi, które rozgrywają się na moich oczach. No dobrze, może nie jestem obiektywna, ale sama nie mam teraz łatwo, więc nie skreślajcie mnie tak łatwo, w porządku? Muszę oderwać się od pędzących w mojej głowie myśli, a na to nie ma lepszego lekarstwa jak problemy innych!
     W naszej Wieży dzieje się tyle, że nie sposób się teraz nudzić - Avery i Leda, dwie wielkie przyjaciółki jeszcze nie zdają sobie sprawy, że pomiędzy nimi stoi mur w postaci Atlasa, ale to tylko kwestia czasu. W końcu obie myślną tylko o jednym. Choć podobno Avery wciąż oszukuje Watta, a po tym jak wyrzuciła go z pokoju zrobiła się niezła afera. Rylin z kolei walczy o trzymanie poziomu, choć wszystkie wiemy, że nie ma łatwo. Co tam problemy z rodziną i niespełnione miłości, kiedy na horyzoncie pojawia się prawdziwy dramat? Podobno do jej drzwi ponownie ma zapukać ktoś z systemu rodziny zastępczej. Czy nie wystarczy, że dziewczyna ledwo wiąże koniec z końcem i dba o swoją siostrę Chrissę? Czy Waszym zdaniem nie powinni dać jej spokoju?
     Cóż, tak właśnie wygląda życie w Wieży, na piętrach, które definiują nasz los - tutaj biedni i bogaci stają w szranki ku najlepszej pozycji. Kto wygra? Nikt tego nie wie, bo naszym światem żądzą pozory i pieniądze.   Dwie najbardziej zwodnicze rzeczy. 
     Każda z nas ma sekret, którego broni. Każda z nas próbuje sobie z nim poradzić na własny sposób. Ale tylko ja wiem, że ktoś nas wyprzedza o krok i wie o wszystkich naszych tajemnicach. Jak się okazuje - to dopiero początek.

Nie traćcie nadziei!
Eris


Doskonała lektura dla czytelników w każdym wieku. Wciągająca i pełna sekretów od których nie sposób się oderwać!

Polecam!
autorka bloga Thievingbooks

"Więzy krwi" Patricia Briggs

"Więzy krwi" Patricia Briggs, Tyt. oryg. Blood Bound, Wyd. Fabryka Słów, Str. 456

"Głupia, głupia owca w radosnych podskokach zmierzająca prosto pod nóż rzeźnicki."

Pierwsze spotkanie z Mercedes Thompson uważam za niezwykle udane. Przyszedł czas na rundę numer dwa. Czy przebojowa zmiennokształtna ponownie zdobyła moje uznanie?

Podoba mi się przede wszystkim świadomość, że każdy tom to nowa przygoda. Mogę zamknąć daną część i wrócić do kontynuacji po jakimś czasie a nie będę miała problemu z ponownym odnajdywaniem się w fabule. W dodatku - kontynuacja losów głównej bohaterki to jednocześnie zapewnienie kolejnej porcji dobrej zabawy i niepewności tego, na co mogę liczyć w przypadku poszczególnych części. Bo w końcu element zaskoczenia to najważniejsza część dobrej historii. A nie ma co ukrywać - seria o Mercedes liczy sobie sporo tomów, więc gdyby wszystkie miały w kółko opowiadać o jednym i tym samym - nie byłoby z tego żadnej przyjemności.

Jest jeden punkt zwrotny, ten sam w każdej części - nieprzychylność losu wobec naszej głównej bohaterki. Pechowo nikt nie chce pozwolić jej prowadzić swojego warsztatu i dać jej świętego spokoju. Tym razem to Stefan upomina się o spłatę zaciągniętego przez dziewczynę długu wdzięczności. Wampir prosi ją o towarzystwo podczas wykonywania misji - Mercedes w swojej postaci kojota ma być jego strażą przyboczną w czasie poznawania nowego wampira w mieście. Tylko, że nikt nie uprzedził dziewczyny, że taka misja to w zasadzie misja samobójcza, a nowy wampir oznacza nowe kłopoty. Już niedługo przyjdzie jej zmierzyć się z prawdziwymi problemami i to nie tylko tymi, które dotyczą jej samej, ale i najbliższych, których będzie musiała obronić.

Ponownie wkroczyłam do świata fantastyki, która dotyka trochę tej z czasów, gdy królowały wampiry, wilkołaki i inne zaskakujące stwory. Ale ta seria kryje w sobie znacznie większy potencjał - nie ma w niej zakochanych zmiennokształtnych, nikt nie robi do siebie maślanych oczu i nie na miłości opiera się fabuła. Wydarzenia drugiego tomu to nowa dawka zaskakujących zwrotów akcji i dynamicznych wydarzeń, które z miejsca wciągają w wir wielkiej przygody. Tym sposobem nie da się nie lubić książek Patricii Briggs, bo zabawa w czasie lektury jest niezastąpiona.

Autorka tworzy nie tylko ciekawe historie, ale dobrze radzi sobie w kreacji bohaterów. Musi się do tego przykładać, bo może zdarzyć się tak, że wcześniej poznany bohater drugoplanowy w przyszłości będzie odgrywał czołową rolę. Wówczas dobrze jest mieć w podorędziu cały arsenał indywidualnych cech charakteru. To dobrze obrazuje choćby sam Stefan, który w pierwszej części był tylko wzmianką a teraz - głównym dowodzącym. Nie zapominam przy tym o samej Mercedes, która ze swoją zadziornością i lekkością wciąż pozostaje w centralnym punkcie fabuły - ma się ochotę sięgać po kolejne części choćby dla samej dziewczyny, która wie, że pakowanie się w kłopoty nie przyniesie nic dobrego, a jednak w imię przyjaźni i ważnych dla siebie wartości jest w stanie wiele poświęcić.

"Więzy krwi" to godna poznania kontynuacja. Mam nawet wrażenie, że kolejny tom przygód Mercedes to nie tylko kolejna dawka dobrej przygody, ale i jeszcze lepsze poznanie głównej bohaterki. Nie da się jej nie lubić ani tym bardziej nie trzymać za nią kciuków w kolejnej ryzykownej misji. To doskonała seria dla wszystkich fanów subtelnej fantastyki - tutaj nie liczy się świat przedstawiony (choć również dobrze wykreowany!), ale akcja i jej tempo, które miejscami gna na złamanie karku. Innymi słowy - przy lekturze przygód Mercedes Thompson nie ma miejsca na nudę.

PlotkaraBlog - Rylin || "Tysiąc pięter" Katharine McGee

 
Kochani,
     podobno ten kto jest szczęśliwy raz, już zawsze takim pozostaje. Dla Eris to kompletnie nie ma sensu, bo jeszcze do niedawna jej szczęśliwa rodzina była dla niej wielką podporą. Teraz? Nie ma nic. Jej szalona i kochana mama kłamała na każdym kroku i jak się okazało po testach DNA - ojciec to tak naprawdę nie-ojciec. Kto by pomyślał, że życie może się tak skomplikować w jednej chwili? Na pewno nie Eris, która na każdym kroku tryskała optymizmem. Teraz każdy z nas widzi, że światło w jej oczach przygasło. Może to dlatego, że sama zaplątała się we własną sieć kłamstw? Przecież wszyscy wiedzą, że skłamała na temat remontu mieszkania.
     Czyżby blichtr i przepych Wieży przygasł na tle obecnych wydarzeń? Kompletnie nie wiem co dzieje się dookoła - Avery na nowo zacieśnia przyjaźń z Ledą, ale ta druga nie wydaje się szczególnie radosna z tego powodu. Obie wyglądają jakby coś je gryzło, a w powietrzu czuć niespełnioną miłość o nazwie Atlas. Tylko której z nich ten problem dotyczy? Ciężko się odnaleźć w perypetiach miłosnych dziewczyn, bo jak się okazuje - choć żadna z nich nie mówi zbyt wiele - wszystko zaczyna łączyć się ze sobą. Czyżby nasza Wieża budowała jedną wielką rodzinę w dosłownym znaczeniu? Kto to wie! Oby do kolejnej spektakularnej imprezy, na której jak się okazuje: wiele można się dowiedzieć!

Buziaki,
Rylin


Pełna emocji, ludzkich namiętności historia, w której skomplikowana nić wzajemnych relacji przysparza o zawrót głowy.

Polecam!
autorka bloga Thievingbooks

piątek, 21 kwietnia 2017

Przedpremierowo: "Nie ma jej" Joy Fielding

"Nie ma jej" Joy Fielding, Tyt. oryg. She's not there, Wyd, Świat Książki, Str. 352
 PREMIERA: 26 kwietnia 2017r.

"- Obiecujesz, że wszystko będzie dobrze?
-Obiecuję."

"Nie ma jej" to kolejny thriller psychologiczny, który mogłam czytać na przestrzeni kilku ostatnich tygodni. Zapomniałam już jak dobrze mogę się bawić przy tym gatunku, szczególnie w tak doborowym towarzystwie jakim są powieści - Joy Fielding, jednej z moich faworytek w pisaniu powieści psychologiczno-obyczjoawych.

Także tym razem autorka wprowadziła mnie do świata rodzinnych wartości, w którym - co udowodniła już wielokrotnie - doskonale się odnajduje. Na pierwszym planie pojawiła się rodzina Shipley - na pierwszy rzut oka jak każda inna. Gdy Caroline i Hunter zdecydowali się uczcić rocznicę ślubu w kurorcie dla bogaczy, nie podejrzewali, że to również zapoczątkuje ich rodzinną tragedię. Zostawiając w hotelowym apartamencie dwie córeczki - na czas kolacji bez żadnej opieki - Michelle i Samanthę, nie podejrzewali, że po powrocie zastaną tylko jedną z nich.  

Tragedia rozgrywa się na oczach czytelnika, bo autorka stopniowo przedstawia rozwój wydarzeń. Rozdziały zostały podzielone na dwie strefy czasowe - dzisiaj i piętnaście lat temu. Uwielbiam takie zabiegi, bo dzięki nimi czuję, że mam możliwość bycia w dwóch miejscach na raz. Nie ma nic lepszego od poznawania wydarzeń na bieżąco, a nie w relacji po kilkunastu latach. Autorka doskonale spisała się stosując taki zabieg, bo pokazała jak czuła się Caroline przez wszystkie te tragiczne lata - najpierw, gdy jej córeczka zniknęła, później gdy napiętnowana przez media jako okrutna i pozbawiona uczuć matka pozostawiła córki na pastwę bezwzględnego losu, a później jako dojrzała kobieta, której życie wywróciło się do góry nogami. 

Joy Fielding doskonale przedstawiła dramatyzm całej sytuacji i wpłynęła na podświadomość czytelnika, zmuszając go do myślenia. Nikt nie potrafił ustalić co wydarzyło się w apartamencie pod nieobecność rodziców, gdy doszło do zaginięcia Samanthy. Jednak po piętnastu latach Caroline słyszy w słuchawce jedno, tragiczne zdanie: "Chyba jestem pani córką". To uruchamia lawinę wspomnień z przeszłości i zamyka bohaterce oczy na autodestrukcyjne skłonności starszej córki. Zamiast chłodno podejść do otrzymanej wiadomości budzi się w niej silne matczyne uczucie i - można to w pełni zrozumieć - robi wszystko by odzyskać zaginioną córeczkę. Obraz tych wydarzeń przepełniony jest silnymi emocjami, w których dominują ból i rozpacz. Widać to jak na dłoni, szczególnie, że autorka udostępniła mi prostą drogę do psychologicznej analizy wszystkich bohaterów. Widziałam jak rozpada się małżeństwo Shipley'ów, jak Michelle walczy sama ze sobą, ale marne oparcie w matce skłania ją do jeszcze większych działań autodestrukcyjnych. Zżyłam się z tą rodziną jak z żadną do tej pory i wzięłam po części na własne barki ich tragedię - a to idealnie oddaje jak ważna i angażująca jest to historia.

Joy Fielding spisała się na medal. Zmieniła kilka moich czytelniczych godzin w emocjonującą historię, od której nie sposób się oderwać. Mroczna, tajemnicza i zaskakująca historia rodziny Shipley'ów pełna napięć i z nieoczekiwanym zwrotem akcji - gdzie nie zapomniano o klimacie niepewności i ciągłym napięciu. Ta lektura to ludzki dramat w czystej postaci, odbijający się także na uczuciach samego czytelnika. Wyjątkowo dobry obraz rozbitej rodziny, która w obliczu tragedii zaczyna ujawniać szokujące prawdy. Bezsprzecznie Fielding jest mistrzynią w kreowaniu takich historii.

czwartek, 20 kwietnia 2017

PlotkaraBlog - Avery || "Tysiąc pięter" Katharine McGee


 
Witajcie!
     Życie na Manhattanie w roku 2118 nie różni się za bardzo od przeszłych czasów. Mamy pewnie lepsze perspektywy na przyszłość. I technologie, które ułatwiają nam życie. Ale to tutaj, w Wieży, życie nabiera znaczenia. To miejsce dla wybranych, ale kiedy już tu trafisz - możesz czuć się zaszczycony.
     Zatem czy Leda nie powinna czuć się wyjątkowo wracając po tak długim czasie z...? No właśnie, gdzie podziewała się Leda? Ktoś życzliwy uchylił rąbka tajemnicy, że to ma coś wspólnego z kliniką odwykową Srebrna Zatoka. Miejmy nadzieję, że to tylko nic nie znaczące pogłoski. Pierwsze spotkanie po rozłące nie okazało się tak spektakularne jak sądziłam. Czyżby hamowane łzy miały coś wspólnego z jej zniknięciem? Chociaż tęskniłam za nią bardzo, wciąż nie mogę zrozumieć dlaczego nic mi nie mówi. Widzę jak się płoszy, jak ucieka wzrokiem i próbuje odnaleźć się na nowo w naszej grupie, choć znane nam żarty dla niej są zupełnie obce.
     Mówiono mi, że to ma coś wspólnego z Atlasem. Ale przecież mój przyrodni brat nie powinien mieć z nią nic wspólnego. Czy to prawda, że coś ich łączy? Czy to nadal trwa? A może wszystko skupia się na problemach z jej ojcem, który zaskakująco zbliżył się do Eris? Kto zna szczegóły - niech koniecznie mnie powiadomi!

Buziaki,
Avery


Zaskakująca, niepowtarzalna, jedyna w swoim rodzaju!

Polecam!
autorka bloga Thievingbooks

PlotkaraBlog - Leda || "Tysiąc pięter" Katharine McGee

 
Cześć kochani!
     przyszedł czas, żebyście poznali życie, które przemija Wam przed oczami. Nie patrzycie uważnie, prawda? Rozejrzyjcie się dokoła! Cały blichtr, splendor, bogactwo - to wszystko nadaje nam naszej wartości. Nie wierzycie? Zajrzyjcie zatem do naszego świata, w którym razem z przyjaciółmi tworzymy odrębny przykład podziału klasowego - w jednym miejscu!
     Wieża w której mieszkamy kształtuje nasze życie według własnych zasad. Nie stać Cię na bogactwo - lądujesz na początkowych piętrach, gdzie mało kto ma znaczenie. Masz ambicie? Pniesz się w górę ku wyższym poziomom by osiągnąć swój wymarzony cel i zająć mieszkania na ostatnim piętrze. Nasza Wieża ma ich tysiąc, więc to nie lada wyczyn.
     Tym z samej góry powodzi się najlepiej: mają szczęście w życiu i widać to choćby po przykładzie naszej ulubienicy Avery - siedemnastolatki idealnej w każdym calu. Przynajmniej tak wszyscy uważają, bo krążą pogłoski, że na idealnym życiu Avery tworzą się pojedyncze pęknięcia. Jej bogaci rodzice zaprojektowali genetycznie córkę doskonałą i otworzyli przed nią bramy tysięcznego piętra. Czy można marzyć o czymś jeszcze? Wygląda na to, że tak, bo maślane oczy Avery podążające za każdym krokiem jej przybranego brata Atlasa, mogą sugerować, że Watt -zakochany po uszy w naszej piękności, może poczuć się zagrożony.
     Nigdy nic nie wiadomo, w końcu w każdej plotce jest ziarno prawdy, prawda?

Uściski,
Leda


Każde piętro to inna historia. Każda historia to inne zakończenie. Każde zakończenie to... To jeszcze nie koniec.

Polecam!
autorka bloga Thievingbooks

środa, 19 kwietnia 2017

"The Call. Wezwanie" Peadar Ó Guilín

"The Call. Wezwanie" Peadar Ó Guilín, Tyt. oryg. The Call, Wyd. Czwarta Strona, Str. 350

"Mija wiele, wiele czasu, zanim z nią kończą."

Powieść dystopijna/antyutopia to mój ulubiony gatunek. Wiem, że taka lektura może zaoferować mi wrażenia o których długo nie zapomnę i przygodę, która porwie mnie od pierwszych stron. Dlatego, gdy pojawiła się pierwsza zapowiedź "The Call" wiedziałam, że mogę liczyć na to wszystko.

Przede wszystkim ta historia zasługuje na wielkie brawa pod względem pomysłowości. Przedstawiona codzienność stanowiąca tło rozgrywanych wydarzeń została dopracowana w najdrobniejszym szczególe. A jest to wielki wyczyn, bo wchodząc do tego świata pierwsza rzecz, która rzuciła mi się w oczy to jego głębokość. Miałam poczucie, że im dalej zajdę w fabule tym więcej się dowiem, a na pewno nie zderzę się z murem braku pomysłu. Każdy element historii to możliwość wykorzystania go na kilka sposobów, bo w tej książce nie ma żadnych ograniczeń.

Gdybym miała zobrazować "The Call" to postawiłabym na migawkę z serialu, w którym bohaterowie przypominają sobie wydarzenia z poprzednich odcinków. Jeden rozdział - skrupulatne i rzeczowe przedstawienie faktów. Drugi rozdział - scena nieoczywista i zupełnie zaskakująca. Kolejny rozdział - moment z życia bohatera, który ma wiele do powiedzenia. Taki zabieg doskonale w tym przypadku się sprawdził, bo autor wykorzystując drzemiący w sobie talent okroił do minimum rozwodzenie się nad scenami, które nie mają znaczenia. Odniosłam wrażenie, że w tej książce wszystko wie doskonale jaką rolę ma pełnić i każdy szczegół synchronicznie łączył się z drugim tworząc kompletną całość.

Brzmi tajemniczo, prawda? Bardzo bym chciała, żebyście właśnie w taki sposób podeszli do tej książki. Dla mnie największą przyjemnością z czytania była nieświadomość tego co na mnie czeka. To wielki urok tej historii, bo autor postawił na dynamizm, zaskoczenie i przewrotność. Bohaterowie w pewnym momencie swojego życia otrzymują wezwanie do krainy, która budzi głęboko zakorzenione i zapomniane instynkty walki o przetrwanie, bo jedna nieuwaga może nieść ze sobą spore konsekwencje. Ale to wszystko czytelnik musi sam stopniowo odkryć na własnej skórze, właśnie za sprawą rozdziałów przypominających ujęcia najciekawszych zdarzeń. Konkretnie, rzeczowo, ale też niezwykle płynnie i obrazowo - poczujecie się jak w jednej z tych nietypowych historii, gdzie nie wiadomo czy zza rogu nie wyskoczy być może demoniczna istota. Obłęd, szaleństwo, makabra - to idealnie trafione definicje fabuły.

"The Call" to projekt, o którym warto mówić. Takiej strony powieści dystopijnej jeszcze nie poznałam, ale bardzo mi się ona podoba. Powieść trzyma w napięciu do ostatniej strony a akacja mknie na złamanie karku. I uchylę rąbka tajemnicy - w samym centrum wydarzeń natkniecie się na istoty, które przywołają dreszcz przerażenia. Urok tej powieści kryje się w niewiedzy i popuszczeniu wodzy fantazji naszej podświadomości - poznacie strach, niepewność, zaskoczenie. Ale po zamknięciu ostatniej strony będziecie wiedzieć jedno: ta definicja mroku, którą znaliście do tej pory, to bardzo ogładzona wersja. Jesteście gotowi otrzymać wezwanie? Przygotujcie się na podróż w której adrenalina i niepewność zagrają pierwsze skrzypce!

"Pamiętnik diabła" Adrian Bednarek

"Pamiętnik diabła" Adrian Bednarek, Wyd. Novae Res, Str. 440

"Zanim umrę, będę mógł w odróżnieniu od większości ludzi powiedzieć, że robiłem dokładnie to, czego chciałem najbardziej, nie bacząc na nic."

Czy to prawda, że ten kto ma władzę może wszystko? Kuba Sobański uważa się za kogoś doskonałego, kto stoi na najwyższej pozycji. Tym samym może osądzać, karać i wyznaczać zasady, których nikt dotąd nie znał. Ma wszystko to, o czym marzą ludzie dookoła niego - pieniądze, szybki samochód, piękną dziewczynę. Jako student żyje z dnia na dzień, z chwili na chwilę, od jednej mocniejszej do drugiej jeszcze bardziej zatracającej imprezy. Każdy chciałby stanąć choćby na moment w cieniu Kuby by poczuć na sobie jego nieskrępowaną władzę - która daje poczucie wielkości i nieograniczonej wolności. Ta jednak prowadzi do czegoś, o czym nikt nigdy nie pomyślał. Niepohamowane instynkty Kuby prowadzą go na drogę brutalności i krwawego samosądu. 

Brzmi jak początek niezłego kryminału, prawda? Mocna akcja, dynamiczne sceny, fabuła jak z krwawego horroru - wszystko się zgadza, poza jednym wyjątkiem. Nie zakwalifikowałaby tej powieści do jednego gatunku. Owszem, fabuła mieście w sobie tyle ofiar, że śmiało można jej nadać rangę powieści kryminalnej, ale tak naprawdę nie mamy tutaj nakierowana na pościg za szalonym mordercą. To dosłownie czysty, niczym nie zmącony, spokojny opis samego Diabła w ludzkiej skórze, który w swojej chorej, pierwszoosobowej narracji zabiera czytelnika do swojej głowi i krok po kroku pokazuje mu swoje studium psychologiczne od którego krew na moment zastyga w żyłach.

Największym zaskoczeniem jest dla mnie świadomość, że "Pamiętnik diabła" to debiut. Już dawno nie czytałam tak dobrej, przemyślanej i mocnej historii, która z miejsca wciągnęłaby mnie do swojego świata, wiedząc że to dopiero początek literackiej kariery autora. Jak na dłoni widać wielkie zaangażowanie w rozgrywane wydarzenia, zagłębianie się w sceny, które mocno obrazowe jednocześnie nie zamęczają rozłożoną na czynniki pierwsze drobiazgowością - Adrian Bednarek wykonał kawał dobrej roboty, choć jednocześnie zastanawiałam się skąd wziął pomysł na fabułę, bo przez całą lekturę miałam wrażenie, jakbym siedziała w głowie seryjnego mordercy, psychopaty bez żadnych zahamować - wielkie brawa, bo to jedynie świadczy o realności scen, ale jednocześnie trochę przeraża, bo w końcu człowiek nie chce czytać o drugim człowieku jako o osobie do szpiku kości złej.

Kuba to postać zaskakująca - siedząc w jego głowie myślałam tylko o tym, jak wiele zła i okrucieństwa płynie w jego krwi. A jednak za nic nie mogłam oderwać się od lektury. Nieprzymuszona przewracałam stronę za stroną i z wielkim zaangażowaniem śledziłam kolejne poczynania bohatera bardzo, ale to bardzo zaskakującego i przerażającego w swoich pomysłach. Kuba założył sobie, że jeśli osiągnął już wszystko, przyszedł czas na etap Diabła, może etap Boga - w każdym bądź razie tego, kto stoi najwyżej i kto ma prawo wyznaczać karę za popełnione czyny. Jego postać mocno miesza w głowie, bo gdzieś z tyłu tli się nadzieja, że to tylko fikcja literacka a jednak wiem doskonale, że gdzieś na świecie byli i będą jemu podobni. To chyba najgorsze w tym wszystkim - sama świadomość, że może się to wydarzyć naprawdę.

Trochę zawstydza mnie fakt, że książka tak bardzo przypadła mi do gustu. Nie powinnam cieszyć się z samosądu i kompleksu Boga w tak chorej i pokręconej postaci. Ale jednocześnie nie mogę wyjść z podziwu na realnością rozgrywanych wydarzeń, szczerością scen, pędzącej akcji, wielowymiarowym bohaterem - wszystko to złożyło się na "Pamiętnik diabła" mocny, mroczny obraz możliwej rzeczywistości. Przyznaję: strach się bać! Ale to jednocześnie jedna z lepszych książek jakie czytałam. Mogłabym się przyczepić do stylu autora, do języka jakim się posługiwał, ale w tym wszystkim nie mogę zapomnieć, że przecież to debiut, a w takim przypadku język jest do nadrobienia w kolejnych powieściach.

Deutsch Aktuell #81 | English Matters #63 | English Matters #wydanie specjalne

 
Deutsch Aktuell #81
Nowy magazyn - nowe tematy. Co w najnowszym numerze? Oczywiście aktualności - czyli nowinki ze świata kultury (książka, film, muzyka) - zdecydowanie mój ulubiony dział. Artykuł o celebrytach tym razem przybliżył postać Heike Makatsch, niemieckiej piosenkarki, prezenterki telewizyjnej, scenarzystki i aktorki. Kultura to nawiązanie do Wielkanocy u protestantów oraz niemiecki humor. W tematach bardziej zaawansowanych można przeczytać o tym jak niemieckie uniwersytety podbijają świat. Choć przyznaję, że dla mnie ciekawy wydał się artykuł o YouTuberach, przedstawianych jako zawody przyszłości. Nie zabrakło oczywiście lekcji języka, czyli quizy. A w podróż tym razem wybrałam się do Monachium. Innymi słowy - kolejna porcja ciekawych artykułów.


English Matters #63
Angielskie wydanie to trochę inne tematy - choćby czasami trochę poważniejsze, gdzie została przybliżona osoba Rosy Parks, amerykańskiej działaczki na rzecz praw człowieka. To jednak nie oznacza, że magazyn utrzymany jest w takim poważnym tomie przy wszystkich artykułach. O nie! Można przeczytać o Anglii - królestwie zwierząt, czy choćby udać się na brytyjskie śniadanie. Artykuł podróżniczy (najciekawszy) nawiązuje do czarownic z Salem. A na deser nie zabrakło mnóstwa quizów oraz nauki słownictwa.


English Matters #wydanie specjalne - I ♥ British English 
Noble niuanse, czyli jak zachowuje się szlachta. Praca nad językiem w wydaniu specjalnym to tym razem nauka akcentu. Można również wybrać się w brytyjską podróż, by poznać zakamarki tego języka od kuchni. W artykułach do konwersacji można pobawić się w zgadywanie kto jest kim? Na pewno zainteresuje Was również artykuł na temat Sherlocka Holmsa. A może dacie się namówić na ten o literaturze? Jest ich mnóstw- każdy znajdzie coś dla siebie.


***
Jesteście ciekawi nowych wydań. A może zaintrygował Was konkretny artykuł? :)

wtorek, 18 kwietnia 2017

"Boys from Hell" Agnieszka Lingas-Łoniewska

"Boys from Hell" Agnieszka Lingas-Łoniewska, Wyd. Novae Res, Str. 310

"Jestem tylko twój, moja mała Anno. Czekałem na ciebie, patrzyłem w gwiazdy i szukałem tej jednej jedynej. Ty jesteś dla mnie, a ja dla ciebie, pamiętasz?"

Anna Scott i Jackson Cunnama - dwójka bohaterów, wokół których skupia się cała fabuła. To na ich barki spada obowiązek utrzymania przy książce czytelnika i zainteresowania go swoją powieścią. Jeśli trzymam w rękach książkę, która opiera się właśnie na motywie głównych bohaterów - zawsze wymagam od nich więcej. Dlatego przyjrzałam się tej dwójce z każdej możliwej strony i przyznaję, że wcale nie wypadli źle - to sympatyczni bohaterowie, których losy mogą zainteresować a ich płomienne uczucie wzbudzić kilka westchnień tych czytelników, którzy miłosne historie lubią najbardziej.

Dużym plusem jest w tej historii kontrast między bohaterami. Kiedy sceny skupiały się na jednej lub drugiej postaci widać było przełom między nimi, jakby pochodzili z dwóch odrębnych żywiołów, chociaż połączył ich hart ducha i dość żywiołowy temperament. Anna ma osiemnaście lat, więc dopiero wchodzi w dorosłe życie, ale cechuje się dorosłością i pewnością siebie. W końcu tata polityk musiał przekazać kilka stanowczych genów swojej córce. Trochę inaczej rzecz się ma w przypadku Jacksona. Straszy, dwudziestopięcioletni chłopak, musiał nauczyć się sam walczyć o swoje, w tym o rodzinę, której utrzymanie spadło na jego barki. Będąc przywódcą motocyklowego gangu musiał jednocześnie porzucić marzenia o dobrej przyszłości - studia nie okazały się dla niego. Tych dwoje wiele różni: pochodzenie, przyszłość i nawet teraźniejszość. A jednak przeciwieństwa się przyciągają co całkiem ciekawie wykorzystała autorka.

Nie znam wszystkich książek Agnieszki Lingas-Łoniewskiej, ale przeczytałam na tyle dużo, by wiedzieć na czym opiera się jej twórczość. Widać to na pierwszy rzut oka - surowość w przedstawianych scenach mocno konkuruje z emocjami jakie buzują w głównych bohaterach. Autorka nie upiększa swoich zdań masą przymiotników, tylko co myśli to pisze, przez co zdania wypadają bardziej realnie, jakby bohaterowie nie myśleli przez pół dnia co powiedzieć, tylko pod wpływem chwili mówili od serca. To podoba mi się najbardziej. To też prowadzi do bardzo szybkiego polubienia bohaterów: prostych, zwyczajnych, takich jak każdy z nas.

Fabuła opiera się mocno na wątkach powieści młodzieżowej z mocnym zabarwieniem romansu. Dwójkę odmiennych bohaterów łączy płomienny romans, który zostaj ugaszony równie szybko jak się pojawia. Na drodze Anny i Jaxa pojawiają się liczne przeciwności, jak to w życiu bywa, które nie zawsze łatwo jest ominąć. Pojawia się więc pytanie - walczyć w imię miłości czy odpuścić i znaleźć lepszego kandydata? Autorka nie byłaby sobą, gdyby nie pchała swoich postaci we własne ramiona, dlatego w fabule pojawia się wiele kryzysowych scen. To dobre dla akcji, która zyskuje na intensywności i szybkości, przez co książkę czyta się nie tylko z zaciekawieniem, ale i z dużą przyjemnością.

"Boys from Hell" mimo przewodniej drogi romantycznej jest książką, która kryje w sobie pewien przekaz - rodziny się nie wybiera, ale można przedefiniować jej wartości. Przykro było mi patrzeć, jak rodzice Anny zmienili córkę w rzecz, która miała świecić przykładem i pomóc im piąć się w górę. Tyle, bez zbędnych uczuć i żadnych wartości rodzinnych. Być może właśnie to popchnęło ją w stronę Jaxa, może pragnienie bezpieczeństwa czy przynależności. To właściwie nie ma znaczenia, bo cokolwiek by to nie było - postąpiło słusznie. Tych dwoje stało się dla siebie idealnym dopełnieniem a jednocześnie czytelnik otrzymał bardzo emocjonującą i pełną - wbrew wszystkiemu - ciepłych uczuć.

"Lola" Aleksandra Białczak

"Lola" Aleksandra Białczak, Wyd. Novae Res, Str. 428

"Do tej pory myślałam, że Lola to maska. Taka jak każda inna. Wmawiałam sobie, że po prostu zakładam ją rano i zdejmuję wieczorem. Ale to nieprawda. przesiąkłam nią. Wypaczyłam własną osobowość. Granica między prawdą a kłamstwem bezpowrotnie się zatarła."

Lola, główna bohaterka powieści trafia do zakładu psychiatrycznego. Zdarza się. Jednak to co szokuje, to młody wiek autorki - dopiero za rok ma podejść do matury. A jednak wybuchowy charakter, bunt wobec wszelkich zasad i brak chęci do nauki prowadzą do tragedii. Dziewczyna podcina sobie żyły by uciec przed sobą, przed problemem. By poczuć cokolwiek. I choć wydaje się jej, że to krok ostateczny, czytelnik widzi niezwykłą metamorfozę - buntowniczka wyrzucona na skraj społeczeństwa zaczyna zmieniać się nie do poznania. Wciąż wyznaje własne zasady, ale w miejscu do którego trafia odnajduje siebie.

Nie da się nie polubić głównej bohaterki. Ma problemy, nie radzi sobie ze swoim życiem i na pierwszych stronach pokazuje się od najgorszej strony, ale mimo wszystko bardzo łatwo można zrozumieć jej zachowanie. W dodatku jej postać jest bardzo wiarygodna, przepełniona realnymi emocjami. Gdy trafia do ośrodka powoli zaczyna odkrywać problemy z jakimi się zmagała i razem z czytelnikiem odkrywa zaskakującą prawdę - przemilczenie problemów nie znaczy od razu, że one znikną. Lola próbowała zwrócić na siebie uwagę dorosłych w sposób jaki potrafiła, a jednak wciąż była odpychana na co raz dalszy skraj życia rodzinnego, by zamiast radzić sobie z problemem, móc udawać, że go nie ma.

Autorka w swojej debiutanckiej powieści poruszyła bardzo ważny temat. Problemy nastolatków przejawiają się w różny sposób, ale zawsze prowadzi on do podobnej sytuacji Loli. Nie chodzi mi tutaj o sam desperacki krok samobójstwa, ale próbuje radzenia sobie z problemem w mocny, niemal ordynarny sposób. Jeśli świat jest wobec mnie nie w porządku, ja również taka będę - bo mogę, bo chcę, bo nikt mnie nie zabroni. Właśnie takie emocje przejawiają się przez bardzo wiarygodną i realistyczną książkę autorki, która założyła, że "Lola" to maska a nie definicja głównej bohaterki. 

Fabuła nabiera znaczenia dzięki nietypowej narracji, trochę personalnej, a jednocześnie oddalonej. Skupia się na postaci Loli i jej wewnętrznych rozterkach w sposób bardzo emocjonalny i dogłębny, przez co wszystko widać jak na dłoni - cały przebieg resocjalizacji postaci, która na początku nie ma zamiaru zmieniać się choćby w najmniejszym stopniu. A jednak po przyjeździe do ośrodka poznaje sobie równych, którzy opowiadają jej historie ich przeszłości i jak się okazuje - zaczynają mieć ze sobą wiele wspólnego. Lola zaczyna dostrzegać uroki życia w sposób, który nigdy nie przyszedł jej do głowy, a dzięki przyjaźni zaczyna powoli walczyć o swoje życie.

"Lola" to książka zaskakująco dobra. Porusza najwrażliwsze strony ludzkiej natury i zmusza do myślenia.  Stopniowe burzenie murów opiera się na wewnętrznych rozterkach głównej bohaterki, której w sumie nawet dobrze nie poznajemy, bo znamy tylko maskę Loli, a nie prawdziwą naturę dziewczyny. A jednak to bardzo pouczająca lekcja, z mądrą treścią i wartościowym przesłaniem. Mam nadzieję, że książka trafi do wielu młodych i wielu dorosłych, bo jej apel powinien trafić do każdego.

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

"Taniec ze świetlikami" Denise Hunter

"Taniec ze świetlikami" Denise Hunter, Tyt. oryg. Dancing with Fireflies, Wyd. Dreams, Str. 384

"A potem przekroczył próg sklepu, a jego marzenia pękły niczym bańka mydlana."

Chapel Springs to malownicze miasteczko, które skrywa w sobie mnóstwo uroku. Ciepłe, roześmiane, takie w którym każdy znajdzie ukojenie. Nawet jego społeczność jest inna niż wszystkie - tutaj ludzie znają się na wylot i szanują na wzajem. Urok tego miejsca ponownie wkracza do życia głównej bohaterki: Jade, która powraca do rodzinnej miejscowości. Jest tylko jeden problem - ona go nie dostrzega. Przez wiele lat nie czuła się dobrze w mieście i uciekła realizować marzenia do wielkiego świata. Nie udało się jednak. Czy tym razem Chapel Springs zapadnie jej w pamięci jako pozytywne miejsce?

Wiele dobrego słyszałam o powieściach Denise Hunter, ale nigdy nie miałam okazji się z nimi zapoznać. "Taniec ze świetlikami" to moja pierwsza książka autorki. Trochę się bałam, że nie znając pierwszego tomu, nie odnajdę się w fabule, ale zupełnie niepotrzebnie. Seria została podzielona na perypetie poszczególnych bohaterów, dzięki czemu można śmiało czytać poszczególne tomy bez znajomości pozostałych. Choć przyznaję, że urok Chapel Springs przyciąga do siebie i kusi na tyle, że chciałoby się poznać losy innych bohaterów.

Autorka postawiła na fabułę lekką, bardziej obyczajową choć zabarwioną nutą romansu. Najbardziej podobała mi się kreacja bohaterów - dojrzałych, z bagażem życiowych doświadczeń. To nie jest lektura o perypetiach młodzieńczych niepowodzeń, tylko losowe rozterki dorosłych ludzi, którym życie podrzuciło przeszkody pod nogi. Tak właśnie jest z główną bohaterką - Jade, która powraca do rodzinnej miejscowości, choć wcale tego nie chciała. Tylko, że nie bardzo ma wybór, bo będąc w ciąży i nie mając przy sobie żadnych pieniędzy nie ma możliwości na marudzenie. Mimo wszystko to pozytywna bohaterka - lekko wykreowana, nie ma może w niej głębszych emocji, ale jest miła i warta bliższego poznania.

Po drugiej stronie muru pojawia się Daniel, burmistrz Chapel Spring, który od wielu lat jest honorowym gościem w rodzinie Jade. Szukając oparcia w rodzinie, która nigdy nie dawała mu poczucia bezpieczeństwa odnalazł się w życiu obcych sobie ludzi, którzy zaakceptowali go i pokochali. I jak możecie się domyślać - od dawna czuje coś więcej do Jade, która jak na złość nie podziela jego uczuć. Kiedy kobieta wraca do miasta wszystko do nich wraca. On przypomina sobie o uczuciach, ona o tragizmie, który od lat się za nią ciągnął. Autorka postawiła na fabułę swobodnie prowadzoną w kierunku perypetii miłosnych nacechowanych przeciwnościami losu, ale jednak nie zapomniała o czymś głębszym: powrocie do przeszłości, która kryje pewną tajemnice. To nadaje lekturze uroku i swobody prowadzenia fabuły, bo autorka faktycznie ma lekką rękę do tworzenia plastycznych scen. Historię przeczytałam z wielką przyjemnością i nawet lekkim zaskoczeniem, bo nie spodziewałam się, że historia tak szybko mnie wciągnie.

"Taniec ze świetlikami" ma w sobie urok z którym tej książce bardzo do twarzy. Nie jest to historia głęboka, która zapada w pamięci na długi czas czy zmusza do myślenia, ale nie jest też zła czy taka o której zapomina się wraz z zamknięciem ostatniej strony. Czas spędzony w Chapel Spring jest czasem miło spędzonym. Miłość, przeszłość, obecne tragedie i próba ponownego odnalezienia się w świecie - to ponadczasowe motywy na których opiera się także ta lektura. Idealnie nadaje jako relaks późnym wieczorem w duecie z kubkiem dobrej herbaty.

niedziela, 16 kwietnia 2017

"Łowca cieni" Donato Carrisi

"Łowca cieni" Donato Carrisi, Tyt. oryg. , Wyd. Albatros, Str.

Znając poprzedni tom serii, czyli "Trybunał dusz" nie mogłam oprzeć się pokusie sięgnięcia po kontynuację. Nie spodziewałam się, że powieść Donato Carrisi wywrze na mnie tak wielkie wrażenie. Autor bardzo szybko zdobył moje uznanie - zaledwie po jednej książce mogę śmiało napisać, że to jeden z moich ulubionych pisarzy włoskich. To jednocześnie stawia mu wysoką poprzeczkę, bo z miejsca założyłam, że kontynuacja serii o Marcusie wypadnie jeszcze lepiej.

Starałam się spojrzeć obiektywnie na "Łowcę cieni", porównując jedynie do pierwszego tomu i jego wszystkich plusów, które przekonały mnie do twórczości autora. Na pierwszym miejscu postawiłam fabułę, która wzbudziła we mnie najwięcej pozytywnych emocji - autor wykazał się fantastyczną ręką do kreacji wielowątkowej fabuły, wykończonej w każdym detalu, gdzie ślepe zaułki mocno konkurowały z pomysłami na rozwiązanie zagadki. Bałam się, że efekt z pierwszej książki przygaśnie w kontynuacji, ale powinnam oddać autorowi honor za chwilę zwątpienia - w drugiej książce z serii spisał się na medal i wyszedł naprzeciw wszystkim moim oczekiwaniom. Spotęgował wszystko to czym zaimponował mi wcześniej: fabułę rozbudował na wielu filarach, tak by podążanie tropem zagadki stało się jeszcze większą przygodą.

Najlepszy w tym wszystkim jest fakt, że książki można śmiało czytać bez kolejności chronologicznej. Każdy tom to odrębna przygoda - dopracowana, wielowymiarowa, ale mam wrażenie, że z tomu na tom co raz  lepsza. Tą serię łączy jedno: postać głównych bohaterów, czyli policjantkę Sandrę Vega z Marcusem, członkiem pradawnego stowarzyszenia o nazwie Penitenzeri współpracującego z Watykanem. Ona łapie przestępców. On wykrywa prawdziwe zło. Tym razem ponownie będą musieli połączyć siły, bo seria brutalnych morderstw ponownie wstrząsa Rzymem. Ten duet fantastycznie spełnia się w swoim zadaniu, bo łączy ich pasja i wielkie zaangażowanie. Nie ma w nich ani chwili wahania - stają oko w oko z największym złem, szczególnie, że obecny morderca przejawia chorą fascynację brutalnością. Kolejne morderstwa z czasem zaczynają układać się w schemat i tylko w tle słychać tykanie zegara, bo czas goni. Kto będzie szybszy - morderca czy duet najlepszych przedstawicieli swoich stanowisk?

Donato Carrisi ponownie zaprosił mnie do thrillera z krwi i kości, którego mroczna wizja brutalnego świata przywołała dreszcz przerażenia. Autor ma głowę pełną pomysłów, które skrupulatnie przelewa na papier ku uciesze czytelnika. Bazując na motywie seryjnego mordercy wprowadza nowe ścieżki rozwiązań, w których czytelnik odnajduje się jak może, a mimo to wciąż natrafia na ślepe zaułki. A gdy byłam już niemal pewna, że wiem na czym stoję - kolejne zaskoczenie zwalało mnie z nóg. Autor doskonale wie jak zachwycić czytelnika i odwrócić jego uwagę, by w ułamku sekundy wszystkie jego założenia legły w gruzach. A każdy fan tego gatunku zdaje sobie sprawę, że to najważniejszy atut każdej dobrze napisanej historii.

Bez wątpienia seria Donato Carrisi należy do jednych z moich ulubionych. Już dawno nie trafiłam na thriller, który przysporzyłby mi tyle kłopotów z rozgryzieniem głównej zagadki. "Łowca cieni" to kontynuacja na godnym poziomie, nawet jeszcze lepsza od swojej poprzedniczki. Przygotujcie się na mroczny klimat, nieoczekiwane zwroty akcji i oddech seryjnego mordercy na karku. Kto wygra - ten którego ścigają czy ci którzy ścigają? To gra na czas, więc żadna minuta nie może zostać zmarnowana.

sobota, 15 kwietnia 2017

"Trybunał dusz" Donato Carrisi

"Trybunał dusz" Donato Carrisi, Tyt. oryg. Il Tribunale delle anime, Wyd. Albatros, Str. 496

"Pytania służą kłamcom za pretekst."

Powieść kryminalna, która jednocześnie wzbudza subtelny dreszcz przerażenia to dla mnie najlepsza forma rozrywki. Donato Carrisi, włoski autor thrillera wymieszanego z dużą dozą kryminału obiecał mi również mocne przeżycia. Czy mogłam się nie skusić?

Sandra Vega, młoda policjantka mieszkająca w Rzymie traci męża zdecydowanie zbyt szybko. Jednak przed śmiercią David zdążył odkryć nielegalną działalność Kościoła, której sekret był pilnie strzeżony przez wiele lat. Trybunał Sumienia został powołany do osądzania grzechów przez tych, którzy mają do tego największe uprawnienia. Pojawia się zatem kompleks Boga w świecie, który powinien jako pierwszy wybaczać i dawać rozgrzeszenie. Jednak nie wszyscy są tak ściśle nakierowany na ratowanie świata, bo znaczna część członków Trybunału stara się analizować przypadki z każdej możliwej strony. W tym także Marcus i Clemente, którzy właśnie stają przed niezwykle trudnym zadaniem - udowodnić, że Trybunał nie ma nic wspólnego z zaginięciem młodej dziewczyny. 

Fabuła na początku wydaje się bardzo zagmatwana. Już od pierwszych stron czytelnik zostaje rzucony w wir wydarzeń i chwilowo przytłoczony mnogością wątków a im dalej w fabułę - wszystko nabiera intensywności. Jednak prawda jest taka, że bez tego nie było by dobrej powieści, co  Donato Carrisi rewelacyjnie udowodnił. Z każdą nową stroną pojawiają się ślepe zaułki, możliwe rozwiązania, które nic nie wnoszą a jednak wydają się niezwykle ważne. Do grona i tak licznych bohaterów zaczęli dołączać nowi - z własnymi historiami i tajemnicami. To spowodowało nagromadzenie mnóstwa indywidualnych osobowości wodzących za nos zaangażowanego w sprawę czytelnika, który z niemym uwielbieniem będzie podążać za każdym podsuniętym tropem. Nie tylko dlatego, że nie ma w tej powieści czasu na nudę, ale przede wszystkim dlatego, że realność i dopracowanie każdego najmniejszego szczegółu otwiera całą masę perspektyw możliwych rozwiązań.

Motyw Kościoła wykorzystywany jest w literaturze od dawna. Można więc przypuszczać, że autor prześlizgnie się po temacie, trochę doda od siebie, trochę zaczerpnie od innych i na tym zakończy. A jednak Carrisi stworzył swoją historię od podstaw, nie zainspirował się utartymi schematami tworząc jednocześnie zagadkę świeżą i zaskakującą, która na pierwszy rzut oka wydaje się niemal niemożliwa do rozwiązania. Widać w tym wielki talent autora, bo oparł się na motywie trudnym, nie tylko dla niego, ale i dla samego czytelnika, bo w końcu nie wszyscy mają ochotę zagłębiać się w tak skomplikowane tematy - a jednak w tej historii odnajdzie się każdy, kto ma ochotę na przygodę z pazurem. 

Podążając mrocznymi zakamarkami Rzymu, przenosząc się na moment do Paryża, Kijowa i samego Meksyku zaczęłam dostrzegać powiązania w miejscach, których nie powinno ich być. Donato Carrisi wyczulił moje zmysły na najdrobniejsze szczegóły i pokazał mi jak sprawnie można połączyć wątki, które na pierwszy rzut oka nie mają ze sobą nic wspólnego. Mocny, niemal duszący klimat niepewności i tajemnicy wisi w powietrzu od pierwszych stron i utrzymuje się do samego końca, czyli finału o jakim mogłam tylko zamarzyć. Zaskakująca, mocna, trzymająca w napięciu - takiej powieści było mi trzeba!

piątek, 14 kwietnia 2017

"Wymyśliłam Cię" Francesca Zappia

"Wymyśliłam Cię" Francesca Zappia, Tyt. oryg. Made You Up, Wyd. Feeria, Str. 384

"Jeśli nic nie jest prawdziwe, jakie to ma znaczenie? Żyjesz tutaj. Czy to nie czyni tego wystarczająco prawdziwym?"

Życie nastolatka nie jest łatwe - dostosowanie się do rówieśników wymaga sporego wysiłku. Wszelkie przeszkody na drodze do względnej normalności nie są mile widziane. A co jeśli w grę wchodzi choroba psychiczna, której nie da się pozbyć? Czy można z tym żyć?

Główna bohaterka, Alex, może odpowiedzieć na to pytanie. Choruje na schizofrenię, która jest jej najbliższą przyjaciółką. Nie jest jej łatwo, bo chciałaby żyć dokładnie tak jak jej koledzy. Tylko, że jej rówieśnicy z uśmiechem na ustach nie boją się wymawiać słów: umysłowo chora. To buduje między nimi widoczną granicę, na pierwszy rzut oka nie do przekroczenia. A jednak wbrew wszelkim niepowodzeniom Alex, która jest już w klasie maturalnej, wiec świadomość wchodzenia w dorosłe życie jest na pierwszym planie, zaczyna próbować odnaleźć się w prawdziwym świecie. Jest jej niezwykle trudno odróżnić to co realne od fikcji, gdy umysł płata figle. Ale nie poddaje się i razem w duecie z siostrą idzie przez świat z podniesioną głową, oddając się swojej pasji - fotografowaniu.

Alex to bardzo pozytywna postać. Wykreowana jako ta odrzucona przez społeczeństwo powinna się smucić i płakać w poduszkę, bo w końcu odrzucenie przez nastoletnich rówieśników to największy koszmar w jej wieku. Próbuje każdego dnia walczyć ze swoim zdrowym rozsądkiem i budować wizję świata na prawdziwych wydarzeniach. To trudne, ale nie niemożliwe. W dodatku postać Alex jest pełnowymiarowa, z charyzmą i lekkim poczuciem humoru, której nie da się nie lubić. To ważne, bo na jej życiu opiera się cała fabuła. Gdyby jej postać okazała się nijaka - również sama powieść nie miałaby szczególnie dużej liczby fanów. A jednak Alex skupia na siebie całą uwagę czytelnika, choć przyznaję, że jej postać jest bardzo nietypowa, czasem nawet osobliwa w pewnych zachowaniach, bo nie tylko ona każdego dnia musi walczyć z chorobą. Sam czytelnik też nie zawsze ma świadomość, czy obecnie rozgrywane sceny nie są czasem tylko wymysłem podświadomości.

To duży atut tej powieści - chociaż bardzo się starałam, nie zawsze wiedziałam, która część umysłu Alex bierze właśnie górę w fabule. Tym bardziej, że w powieści prowadzona jest narracja pierwszoosobowa, zatem miałam możliwość zajrzeć do pokręconej psychiki głównej bohaterki i zmierzyć się z wątkiem psychologicznej analizy. Mogłam śmiało rozłożyć świadomość dziewczyny na czynniki pierwsze, ale na niewiele to się zdało - umysł Alex okazał się bogaty i głęboki, niemal jak bezkresny ocena, w którym mogłam się zatracić, ale też stracić orientację.

Raz na jakiś czas trafi się powieść inna niż wszystkie, bardziej wartościowa i zaskakująca. Tym razem na tym miejscu pojawiła się historia "Wymyśliłam Cię", która potrafi wzbudzić w czytelniku całą masę emocji. Nie oczekujcie powieści młodzieżowej - nie tym razem. To głęboka historia z przesłaniem, przy której każdy mimowolnie się zatrzyma. Autorka z wprawą skupiła na sobie całą moją uwagę - słowem, obrazowością, historią. I nie mam jej tego za złe, bo ta książka na długo zostanie w mojej pamięci. Jest w tej lekturze wszystko - młodzieńcza miłość, pragnienie akceptacji, poszukiwanie samego siebie i walka o zrozumienie. A wszystko owiane subtelną nutą zaskoczenia i niepewności czy to co widzimy, faktycznie ma miejsce. Jestem zachwycona - polecam!

czwartek, 13 kwietnia 2017

"Nakarm mnie" Julita Strzebecka

"Nakarm mnie" Julita Strzebecka, Wyd. Replika, Str. 336

Co raz częściej w literaturze poruszane są tematy tabu. Dlaczego nie pisać otwarcie o tym co nas otacza, nie tylko tym dobrym, ale i złym? Książki są nie tylko po to, by dostarczać nam radość, ale by pokazać, że nie jesteśmy sami ze swoimi problemami. To motywujące, zagrzewające do boju i dające namiastkę poczucia przynależności. Tego typu lekturą jest historia książki "Nakarm mnie". Brzmi intrygująco, prawda? Tak jest w rzeczywistości.

Książka dotyka bardzo aktualnego tematu, a właściwie jego przeciwieństwa. Wszędzie dookoła słyszę o tym jak ważna jest w dzisiejszych czasach aktywność fizyczna, zdrowa dieta i przy tym - fit sylwetka. Dlaczego nikt nie mówi o tych, którzy nie mogą przestać jeść? O głodzie, który nie daje o sobie zapomnieć? Takie osoby, choćby marzyły o smukłej sylwetce nie zawsze są w stanie samą siłą woli wyzwolić się spod jarzma jedzenia. W dodatku wiele osób dookoła ciągle katuje się dietą, która nic nie daje, wzbudza kompleksy i poczucie winy, a przy najbliższej okazji wymusza niekontrolowane podjadanie. Powieść Pani Julii wzbudza wiele przemyśleń na ten temat i zmusza do refleksji.

Joanna, czyli główna bohaterka powieści ma problem z nadwagą. Jak to w życiu bywa, stresujące sytuacje zajada a w dodatku po rozwodzie zaprzestała dbania o samą siebie. Kobieta jest bardzo wiarygodną postacią - postawiona na wysokim stanowisku w firmie powinna stanowić wzór do naśladowania w drodze ku realizacji własnych planów. A jednak nie potrafi poradzić sobie z własną naturą, która wymusza na niej ciągłe jedzenie. Joanna widzi jak zmienia się jej ciało, jak przybiera na wadze i nie potrafi tego zaakceptować. Tylko, że nie jest w stanie zmienić swoich przyzwyczajeń. Można to bardzo łatwo zrozumieć, bo kto z nas nie walczył z samym sobą w jakiejś sprawie?

Szczęście w nieszczęściu sprawia, że bohaterka podupada na zdrowi co mocno motywuje ją do działania. To straszne mieć świadomość, że samodzielnie doprowadzamy się do tak złego stanu, ale poprzez przykład głównej bohaterki mogę śmiało stwierdzić, że są bodźce, które najpierw kierują nasze życie i wybory na złe tory, a później próbują to wszystko odwrócić. Pech chciał, że na drodze Joanny stanął Wiktor - lekarz, który miał zająć się jej nadwagą. A nieźle namieszał jej w głowie. Przyznaję, że nie zapałałam do niego sympatią, ale za to jestem mile zaskoczona rozbudowanym profilem psychologicznym obu postaci. To chyba najlepszy motyw w tej książce, który pobudza nasze szare komórki do myślenia i jednoczesnego przeredagowania własnych priorytetów.

Historia "Nakarm mnie" jest bardzo wiarygodna i realna, przez co mocno miesza w głowie. Lektura tej powieści wzbudza całą masę emocji i aż miło pomyśleć, że to debiutancka historia. Z jednej strony przygody Joanny ciekawią, z drugiej szokują, a z jeszcze innej wzbudzają wiele pytań, dlaczego podjęła takie a nie inne decyzje. Jedynie postać Wiktora nie przypadła mi do gustu, bo przyznaję, że nie potrafię zrozumieć jego rozumowania. Jednak czy w życiu nie chodzi o akceptację i poczucie bezpieczeństwa? Temat tej lektury to temat ponadczasowy i warty poznania.

środa, 12 kwietnia 2017

Przedpremierowo: "Dzikie serca" Suzanne Young

"Dzikie serca" Suzanne Young, Tyt. oryg. All in Pieces, Wyd. Feeria, Str. 262
PREMIERA: 26 kwietnia 2017r.

"Mówię to radosnym tonem, starając się, żeby zabrzmiało to tak, jakby w naszym gównianym domu czekało go coś fajnego. Bo nie czeka. Myślę jednak, że on o tym zapomina. Jakby każdego dnia zaczynał od nowa.
Też tak bym chciała."

Kto czytał wcześniejszą serię Suzanne Young Program ten wie, że autorka potrafi spektakularnie grać na emocjach. Więc, gdy pierwsze zapowiedzi "Dzikich serc" głosiły, że pojawi się lektura o wartościach rodzinnych i miłości w tle już wiedziałam - czekała na mnie powieść wysokich lotów.

Young nie da się nie kochać za styl. Jej zwinność i lekkość w przedstawianiu wydarzeń, kreacji bohaterów czy pisaniu dialogów zaskakuje i sprawia, że każda kolejna jej książka wypada co raz lepiej i lepiej. Widać, że się rozwija i że kocha pisać, bo to przekłada się na jej powieści. A w przypadku swojej najnowszej książki spisała się na medal - najpierw wprowadziła mnie do świata zwykłej, niczym nie wyróżniającej się nastolatki, by zaraz po tym nieoczekiwanym zwrotem akcji przenieść mnie do zupełnie innego miejsca, gdzie człowiek nie jest postrzegany zbyt dobrze. I na tej fasadzie oparła swoją fabułę - przeskoku z codzienności do świata tabu, w którym jedna, zapomniana dziewczyna musi walczyć o siebie i swoją rodzinę, bo tylko to jej pozostało.

Savannah trafia do Brooks Academy z diagnozą problemów nad kontrolą gniewu. Nikt nie pyta dlaczego przebiła ołówkiem rękę swojego chłopaka. Trafia do szkoły, w której gromadzą się uczniowie niechciani nigdzie indziej i przychodzi jej się przez to zmierzyć z podłą rzeczywistością. Do tej pory musiała utrzymać w ryzach swój świat, ale nie miała przeciwnika w roli nieprzychylnego losu. Teraz wszystko się odmieniło. Serce się kraja, kiedy czytam o losach dziewczyny niezwykle silnej, ale osamotnionej w zmaganiach o własne szczęście. Savannah nie otrzymała od życia tego co inni - matka odeszła już dawno temu, a alkoholizm ojca rujnuje ich wszystkich od środka. Dla dziewczyny całym światem, całą rodziną jest brat - jednak jego upośledzenie uniemożliwia normalne funkcjonowanie. To straszne jak wiele złego przytrafiło się głównej bohaterce, ale czytając każdą kolejną stronę miałam wrażenie, że tak silnej postaci jeszcze nie poznałam. Dla wartości rodzinnych Savvy walczy i nie poddaje się, choć nie ma łatwo - Patrick, ekschłopak z urażonym ego nie zamierza siedzieć cicho a na domiar złego ciotka dziewczyny zamierza walczyć o opiekę nad jej bratem.

Grunt pod nogami głównej bohaterki osuwa się w jednej chwili. Do tej pory próbowała budować względne szczęście dla siebie i brata, ale za sprawą jednego incydentu przestaje mieć pozorną przewagę. Suzanne Young w fenomenalny sposób przedstawiła wartości rodzinne - te dobre i złe, które stanęły tutaj na pierwszym planie. Rodzina podzieliła się na części, gdzie rodzice przestali stanowić bezpieczne oparcie dla swoich dzieci a w zamian tego zagrozili im twardym upadkiem w dorosłe życie. Rozpoczyna się walka Savannah z jej prywatnymi demonami i choć wydawałoby się, że zawarte w fabule wartości być może stworzą ciężką, mroczną atmosferę - wcale tak nie jest. Wręcz przeciwnie, powieść jest niezwykle lekka, dobitna ale przy tym również subtelna. Myślę, że to za sprawą Camerona - chłopaka z Brooks Academy, pochodzącego z zupełnie innego świata niż Savvy, a jednak uparcie próbującego zdobyć serce dziewczyny. Tylko, że ta ma już dość miłosnych perypetii, bo teraz musi skupić się na własnym życiu. Tylko czy można tak łatwo oszukać dzikie serce, rwące się galopem do szczęścia i poczucia bezpieczeństwa?

"Dzikie serca" to przejmujący obraz walki o własną indywidualność. Piękny, choć jednocześnie przepełniony bólem. Suzanne Young napisała nietuzinkową powieść chwytającą za serce, obok której nie sposób przejść obojętnie. Jestem pod ogromnym wrażeniem siły przebicia tej książki i pięknie przedstawionej historii. Wyjątkowa, pod każdym względem.

wtorek, 11 kwietnia 2017

"Inwazja na Tearling" Erika Johansen

"Inwazja na Tearling" Erika Johansen, Tyt. oryg. The Invasion of the Tearling, Wyd. Galeria Książki, Str. 560

"Szaleństwa młodości nie są mi obce. Ale żal potrafi ciągnąć się za człowiekiem długo po tym, jak młodość przeminie."

Pierwszy tom serii Johansen ("Królowa Tearlingu") ogromnie mnie zaskoczył. Oczywiście pozytywnie. Nie spodziewałam się, że taka niepozorna lektura wywoła u mnie lawinę emocji. A jednak. Dlatego sięgnięcie po kontynuację losów Kelsei było dla mnie czymś oczywistym - nie mogłam się już doczekać co wydarzyło się zaraz po wydarzeniach z pierwszego tomu.

Jak się okazało - pierwsza część mimo swojej szybkiej akcji i wielowątkowej fabuły była jedynie wprowadzeniem do kontynuacji, w której wszystko przybrało na sile. Uwielbiam, gdy w grę wchodzi dynamiczne tempo, pędząca fabuła i zaskakujące zwroty akcji, dlatego przy lekturze "Inwazji na Tearling" bawiłam się wyśmienicie. Fabuła także tym razem została oparta na królewskiej intrydze, która pozwoliła mi na zagłębienie się w świecie pełnym knowań i ludzkiej bezwzględności, z czym przyszło sobie radzić głównej bohaterce.

Bez wątpienia Tearling to nie jest świat dla każdego. Autorka wykreowała miejsce, które nie ma granic, za to które ma zasady. I są one bardzo mocno zakorzenione w historii Tearlingu, na czym bazuje cała fabuła. Dlatego należy wczytać się w jej przebieg i poświęcić więcej czasu, by móc zrozumieć rozgrywane wydarzenia. To wielki atut powieści, bo oznacza, że kierowana jest ona do starszego czytelnika, który wyniesie z powieści mnóstwo wartości. W dodatku drugi tom jest bardziej dojrzalszym, co można zauważyć w każdej dziedzinie - dynamicznej zmianie bohaterów czy samej akcji dotykającej polityczno-wojennych rozgrywek na tle walki o tron.

Powieść mocno osadzona w ramach walki o zwycięstwo skupia się na losach Kelsea Glynn, obecnej królowie Tearlingu, która idąc przez życie wykorzystując własne zasady nacisnęła na odcisk nieodpowiednim osobom. Szkarłatna Królowa nie jest zwolenniczką sprzeciwiania się jej rozkazom, dlatego planuje natarcie na królestwo i samą królową, która nie jest jej przychylna. Tym samym rozpoczyna się tytułowa inwazja, której przyjdzie stawić czoła nie tylko Kelsey, ale i jej przyjaciołom, którzy stoją za nią murem. Tutaj też pojawia się ponadczasowy, cudownie wykreowany motyw przyjaźni która nie zna granic. Często zatrzymywałam się przy momentach rozmowy królowej ze swoimi towarzyszami, bo w dialogach i opisach widoczna była wielka, szczera relacja między nimi. 

Drugi tom serii różni się od pierwszej części jedynie dojrzałością. Nie spodziewałam się, że autorka może mnie jeszcze czymś zaskoczyć a jednak - jej warsztat literacki został wzbogacony o nowe doświadczenia co przelała na strony swojej książki. Każde zdanie to przykład dojrzałości i mądrości autorki, dzięki czemu tekst stanowi nie tylko wielką przygodę dla czytelnika, ale również lekcje, które można czerpać garściami - o przyjaźni, odwadze, sile decyzji i nieprzemyślanych wyborów. Mogłabym tak wymieniać bez końca, ale jestem pewna, że więcej zrozumiecie, gdy sami zdecydujecie się na lekturę.

"Inwazja na Tearling" jest idealną kontynuacją serii. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego rozwoju fabuły. Pojawiło się jeszcze więcej wątków (które już w pierwszym tomie zaskoczyły mnie swoją liczbą), przemyślane rzecz jasna w każdym detalu i bardzo pomysłowe! Główna bohaterka wpada po uszy w kłopoty, które mogą okazać się tragiczne w skutkach, a jednak podejmuje działania, których nie sposób nie poprzeć. Tą historią żyje się od pierwszej strony, od pierwszego zdania, które zmienia postrzeganie powieści fantastycznej - jako wiarygodną, pełnowymiarową przygodę z rzeczywistymi, ukochanymi bohaterami, którzy chwytają za serce. Przed Wami nieograniczony świat pełen przygód, strachu i wyzwań od których nie da się oderwać!