środa, 24 maja 2017

"Szczęści@ry" Agnieszka Jeż, Paulina Płatkowska

"Szczęści@ry" Agnieszka Jeż, Paulina Płatkowska, Wyd. Edipresse, Str. 286

"- Jesteś szurnięta. Z kosmosu. Kompletnie do nas nie pasujesz."

Dobrze pamiętam lekturę książki "Nie oddam szczęścia walkowerem" duetu tych pań. Przyjemna, dobrze napisana historia, którą bardzo miło się czytało. Byłam ciekawa, czy autorki powtórzą to w swojej nowej książce. 

Fabuła na nowo opiera się na współczesnej powieści epistolarnej - jak na XXI wiek przystało zamiast tradycyjnych listów, mamy e-maile. Dwie główne bohaterki, Jagoda i Malina, poprzez wysyłane do siebie wiadomości relacjonują przygody ze swojego życia. To może wzbudzić pewne zawahanie, czy taka forma może przypaść do gustu - bo czy nie lepiej na bieżąco towarzyszyć bohaterkom i obserwować ich perypetie na świeżo, nie po czasie i to jeszcze poprzez subiektywną relację danej bohaterki? Pamiętajcie tylko, że na podobnym wzorze opiera się historia Ahern "Love, Rosie", która skradła serca wielu czytelników (w tym także moje). I choć muszę szczerze przyznać, że fabuła tej książki niestety do Ahern się nie umywa, to i tak ja taką formę akceptuję a i o losach bohaterek chętnie czytałam.

Zagłębiając się w każdy list, można dostrzec emocjonalność, która kryje się w każdym zdaniu. To sposób, który szybko przygotowuje czytelnika na wiele niepowodzeń w życiu danej postaci - relacjonuje ona w bardzo otwarty sposób swoje codzienne wydarzenia i nie ukrywa wszelkich trosk czy problemów. Zarówno Malina jak i Jagoda zdobywają w oczach czytelnika konkretne znaczenie poprzez swoją subiektywną, otwartą i konkretną korespondencję - te dwie panie nabierają pełnowymiarowych, realnych kształtów, gdzie ich życie bardzo łatwo można przełożyć na losy wielu zwykłych ludzi. I choć postacie są w pełni fikcyjne, kto powiedział, że gdzieś na świecie nie ma zbliżonych przygód? To właśnie duży atut książki - można ją zrozumieć, bo ma w sobie rzeczywiste rysy.

Niestety nie mogę pominąć jednego, istotnego faktu. Choć książkę przeczytałam bardzo szybko, bo dałam się wciągnąć w korespondencję obu pań - czegoś mi zabrakło. Mam wrażenie, że w całości zabrakło życia, aktywności, jakby ze strony na stronę historia zaczynała tracić głębie i w rezultacie stała się trochę płaska. Szkoda, bo gdyby dodać wigoru i zadziorności w kilku momentach całość wypadłaby znacznie lepiej. 

"Szczęści@ry" to pomysł na kolejną życiową książkę. Autorki dokładnie tak jak w swojej poprzedniej książce pokazały, że na przykładzie prostych bohaterek można pokazać życie, które nas otacza. Zwykłe problemy i troski skumulowały się w jednej książce i być może dodadzą czytelnikom otuchy w ich życiowych problemach. Ja przyznaję, że choć książka przypadła mi do gustu, to troszeczkę się wynudziłam. Dom, praca, dzieci, szczęście, które jest na wyciągnięcie ręki a jednak wciąż ucieka - to motyw wielu powieści obyczajowych w tym także tej, która wychodzi na przeciw czytelnikom poszukującym lekkiej i niezobowiązującej przygody.

wtorek, 23 maja 2017

"Najmroczniejszy sekret" Alex Marwood

"Najmroczniejszy sekret" Alex Marwood, Tyt. oryg. The Darkest Secret, Wyd. Albatros, Str. 416

"Kiedy byłam dzieckiem, często się to zdarzało, ale i tak jestem w szoku, słysząc, jak moja matka płacze."

Alex Marwood wielokrotnie pokazała się od dobrej strony. Świetnie skrojone napięcie w "Dziewczyny, które zabiły Chloe" czy zaskakująca tajemnica w "Zabójcy z sąsiedztwa" połączyły się w najnowszą książkę - "Najmroczniejszy sekret", śmiem twierdzić, chyba najlepszą w jej dorobku.

Coco, córeczka Seana Jacksona i jego drugiej żony Claire znika bez śladu. Brzmi znajomo prawda? Zgodzę się, że to nie pierwsza książka która zaczyna się w podobny sposób. Już wcześniej spotkałam się z historiami, w których już na pierwszych stronach żegnamy w tajemniczych okolicznościach danego bohatera a później przez całą fabułę próbujemy rozgryźć co tak naprawdę się wydarzyło. Tylko, że tym razem historia w rewelacyjny sposób zmieszała się z nutą tajemnicy niemal namacalnej, takiej która wisi nad głową i nie daje się odgonić do czasu, gdy ktoś w końcu rozwiążę tajemnicę.

Ponadczasowy motyw fabuły przerodził się w bardzo dobrze skrojoną historię. Najpierw spojrzałam na wydarzenia rodziny Jacksonów, zamożnych i zamkniętych w ciasnych granicach egoistycznego rozumowania z perspektywy gościa ich dopiętej na ostatni guzik imprezy. Miało być idealnie, a jednak wszystko potoczyło się nie tak jak wszyscy myśleli. Po tragicznym zajściu policja próbuje podjąć marne próby wyjaśnienia całej sytuacji, ale ich śledztwo zatrzymuje się w martwym punkcie. Dopiero dwanaście lat później, Milly, córka Seana otrzymuje wiadomość o jego śmierci. Jak się okazuje, pogrzeb ojca na nowo otwiera drzwi do zagadki sprzed lat. Czy po tak długim czasie można jeszcze odkryć prawdę?

Lubię twórczość Marwood i jestem fanką tworzonego przez nią klimatu. Autorka nie tylko ma wprawę w pisaniu powieści  dreszczykiem, ale tworzy klimaty mocno bazujące w kategorii sensacji i pieczołowicie skrywanych rodzinnych tajemnic. Taka mieszanka jest jedną z moich ulubionych, bo nie tylko mogę zajrzeć do świata bohaterów, ale jeszcze wychwycić kilka smakowitych kąsków w postaci zaskakujących sekretów i tym samym - nieoczekiwanych zwrotów akcji. To oczywiście rzuca światło na bohaterów - dobrzy czy źli w swojej kreacji? Mogę Was zapewnić - dobrzy i to jak! Ich postacie przypominają ludzi naszego świata a pełnowymiarowe kreacje sprawiają, że czytelnik z wielką przyjemnością zagłębia się w lekturę. To kluczowy aspekt tej powieści, bo akcję śledzimy nie tylko dwutorowo jeśli chodzi o czas rozgrywanych wydarzeń, ale i z wielu perspektyw. Patrząc oczami Seana, Claire i pozostałych uczestników wydarzeń powoli składałam tajemnicę zaginięcia Coco w jedną całość a im bliżej byłam prawdy, tym więcej niewiadomych miałam w głowie, by w końcowym rezultacie zmierzyć się z naprawdę przemyślanym zakończeniem.

Autorka w zaskakująco dobry sposób stopniowała akcję i próbowała uśpić moją czujność, by świetnie rozegrać akcję i zaskoczyć mnie w najmniej spodziewanym momencie. Dobrze nakreślone postacie przekonały mnie do swoich poglądów a zestawienie ich najbardziej intrygujących cech stworzyło mieszankę wybuchową. Bo musicie wiedzieć, że książka Marwood to nie tylko dobra historia, ale i wielka lekcja życia odnosząca się do ludzkich charakterów. Gdzieś zanikły w tej tragedii rodzinne więzi, a egoizm wziął górę nad pozostałymi emocjami. Autorka pokazała, że nie duchy czy mary są straszne, a ludzie, którzy czasami nie cofną się przed niczym. Jestem pod wrażeniem pomysłu i wykonania - chylę czoła, bo wiem, że pracy w to włożyła sporo. To zaowocowało świetną lekturą, którą czyta się z wielką przyjemnością.

poniedziałek, 22 maja 2017

"Gniew i świt" Renée Ahdieh

"Gniew i świt" Renée Ahdieh, Tyt. oryg. The Wrath and the Dawn, Wyd. Filia, Str. 460

"Niektóre rzeczy istnieją w naszym życiu jedynie przez krótką chwilę. I musimy pozwolić im odejść, by oświetlały inne niebo."

Jeden potwór. Tysiące tragedii. Czy niepozorna nastolatka może odwrócić bieg tragedii? Szahrzad podejmuje nieodwracalną decyzję zgłaszając się jako kolejna oblubienica Chalida, osiemnastoletniego kalifa Chorasanu. Młody władca każdego dnia wybiera nową małżonkę, bo w szybki sposób skrócić jej życie. Jednak w końcu trafia na godnego siebie przeciwnika. Szahrzad zrobi wszystko, by zapobiec kolejnej tragedii...

Inspiracja baśnią z kart Księgi tysiąca i jednej nocy ujawnia się tutaj stopniowo, podobnie jak rozwija się fabuła. Wraz z rozwojem wydarzeń całość nabiera na znaczeniu - orientalny klimat rozsiewa swój urok z każdą kolejno przeczytaną stroną i wabi czytelnika do świata pełnego grozy opartej na braku ludzkich zahamowań. Gdzie zatem w tym wszystkim miejsce na miłość, którą obiecano nam w dniu pierwszej zapowiedzi? Czy można połączyć okrucieństwo z subtelnym uczuciem wzajemnej adoracji? Chciałabym powiedzieć: nie tym razem, ale mogę jedynie przytaknąć i potwierdzić - w tej powieści możecie spodziewać się wszystkiego. To rewelacyjna pozycja w kategorii nowości dla czytelników szukających naprawdę wyjątkowych wrażeń.

Wstęp do fabuły zapowiada mroczną historię tyrana, który nie cofnie się przed niczym. Jednak Chalid nie jest taką oczywistą postacią. Jego kreacja wymaga dogłębnej analizy, rozłożenia czynów bohatera na czynniki pierwsze, przeanalizowania wyborów i decyzji, a mimo to czytelnik pozostaje w pewniej niewiedzy. Chalid jest postacią, które ewoluuje wraz z rozwojem fabuły, zmienia się nie do poznania, a to przede wszystkim za sprawą drugiej postaci godnej uwagi - Szahrzad, która odwagą, determinacją i charyzmą mogłaby stanowić wzór dla nie jednej bohaterki. Tych dwoje nie mogło lepiej trafić, bo razem stworzyli duet idealny: on - potwór niczym bestia z najgorszych ludzkich horrorów, ona - waleczna i zdeterminowana, by swoją osobą zakończyć rządy tyrana. Szahrzada wkraczając do pałacu noc za nocą snuje opowieści, które odwlekają jej egzekucję z rąk kalifa. Jest przy tym niezwykle dumną, piękną młodą osobą, która czaruje także czytelnika. Nie dziwię się, że młody władca uległ magii płynącej ze słów dziewczyny, bo i ja zafascynowana śledziłam rozwój wydarzeń z zapartym tchem.

Nie spodziewałam się powieści, którą otrzymałam. Liczyłam, że będzie to piękna opowieść, choć wątpiłam w motyw miłości. Jednak ze strony na stronę, razem z Szahrzad zaczęłam dostrzegać prawdę ukrytą między murami pałacu i wyławiać wartości jakie ukryła, pomiędzy słowami wypowiadanymi przez bohaterów, autorka. Przyglądając się rozgrywanym wydarzeniom zaczęłam dostrzegać to, co na pierwszy rzut oka byłoby niemożliwe - wzajemne połączenie między bohaterami, którzy różni od siebie jak woda i ogień zaczęli idealnie się dopełniać. Jak się okazało - baśń nabrała zupełnie innego znaczenia, głębszego, bardziej wartościowego.

"Gniew i świt" to piękna, pełna orientalnej kultury powieść, która wciąga do swojego świata na długie godziny. Idealnie wodzi czytelnika za nos, zmieniając obrane tory fabuły, by najpierw pokazać okrucieństwo ludzkich rąk, a następnie... magię. Dawno zapomniana baśń z dzieciństwa nabrała kolorów i większego znaczenia - rozkochała mnie w sobie i nie pozwoliła zapomnieć o bohaterach na długo po zakończonej lekturze. Ta powieść to nic innego jak przepełniona księżniczkami, dżinami i klątwami baśń dla starszych czytelników, którzy docenią jej potężny urok. A pośród całego zgiełku - miejsce dla pięknej miłości. Jedno jestem pewne - szybko nie zapomnicie o tej książce, na pewno nie za sprawą zaskakująco dobrego zakończenia.

niedziela, 21 maja 2017

"Nic do stracenia. Początek" Kirsty Moseley

"Nic do stracenia. Początek" Kirsty Moseley, Tyt. oryg. Nothing Left to Lose, Wyd. Harper Collins, Str. 464

"Wszystko, co jest warte posiadania, warte jest też, żeby o to walczyć."

Mam tą przyjemność śledzić rozwój kariery Kirsty Moseley od samego początku i widzę, że z lektury na lekturę naprawdę jej talent się rozwija. Może jej książki nie są rewelacyjne, ale są dobre i wciągające, jedne z bardziej ciekawych historii młodzieżowych jakie czytałam.

Lubię twórczość autorki za jej szczerość. Jej bohaterowie nie są owiani przytłaczającą tajemnicą a nawet jeśli pojawiają się w fabule sekrety - są subtelne i kuszące, takie po które sięga się z przyjemnością, a nie poczuciem, że brak ich rozwiązania popsuje coś we wszechświecie. Innymi słowy: twórczość Moseley jest prosta, mniej skomplikowana niż inne młodzieżówki, ale przez to przyjemniejsza, spokojniejsza w odbiorze, którą czyta się z przyjemnością.

Tym razem główna bohaterka to Annabelle Spencer, dziewczyna która otacza się najlepszym towarzystwem. Jej przyjaciele to najlepsi kompani w świecie, ojciec kandyduje do roli prezydenta USA, a chłopak... cóż, ten jest ucieleśnieniem wszelkich marzeń. Ale w idealnym życiu dziewczyny pojawia się rysa, która na pierwszy rzut oka wydaje się błaha. Spontaniczna decyzja uczczenia szesnastych urodzin Annabelle w barze wydaje się doskonałym pomysłem. Do czasu, gdy dziewczyna poznaje Cartera - handlarza broni i narkotyków, który wywraca jej świat do góry nogami.

Tym razem autorka zaskoczyła mnie mocnym tematem, jaki wybrała dla swojej fabuły. Zazwyczaj nawet gdy pisała o tragedii nie robiła to w sposób tak mocno obrazowy i wpływający na psychikę. A jednak zaskoczyła mnie dramatyzmem i tragizmem, jaki przebijał się z prezentowanych wydarzeń. Annabell będąc naocznym świadkiem zabójstwa chłopaka sama trafia w ręce potwora i tam, poniżona i maltretowana - walczy o życie. I choć wyrwano ją w końcu z sideł potwora, pozostały wspomnienia, których nie można za nic wyrzucić z pamięci.

Autorka w intrygujący sposób przedstawiła przemianę głównej bohaterki - poznałam roześmianą, beztroską dziewczynę, która nie przejmuje się niczym szczególnym. A jednak zakończyłam lekturę mając przed oczami rozbitą i wystraszoną nastolatkę, która zmierzyła się z prawdziwym koszmarem. Jak się okazało, wyzwolenie z rąk porywacza nie zakończyło tragedii, bo Carter nie dał tak łatwo o sobie zapomnieć.  By zapewnić Annabell choćby złudne poczucie bezpieczeństwa do gry wkracza Ashton, którego zadaniem będzie bronić dziewczynę od wszelkiego zła, ale czy to najlepszy sposób do zbudowania złudnego szczęścia?

W taki właśnie galimatias postanowiła wkroczyć autorka i przyznaję, że nawet się jej to udało. Nie spodziewałam się tak mocnej i tragicznej historii, w dodatku dogłębnie przedstawiającej tragedię głównej bohaterki, ale przyznaję, że lektura bardzo przypadła mi do gustu. Droga ku próbie odbudowania tego co już dawno utraconej na przykładzie życia Annabell okazała się kontrastowa, ale przy tym wymowna. Przygotowałam się na coś lekkiego a otrzymałam mocny obraz tragedii, która właściwie może przytrafić się każdemu z nas. Jeśli tak ma wyglądać dalsza twórczość Moseley - poproszę więcej.

sobota, 20 maja 2017

"Chłopak z innej bajki" Kasie West

"Chłopak z innej bajki" Kasie West, Tyt. oryg. The Distance Between Us, Wyd. Feeria, Str. 352

"Pierwszą rzeczą, jakiej nauczyłam się o bogaczach, było to, że uważają zwykłych ludzi za zabawne urozmaicenie życia, ale nigdy, absolutnie nigdy, nie chcą mieć z nimi nic wspólnego. I mnie to pasuje. Bogacze to inny gatunek ludzi, który obserwuję jedynie z bezpiecznej odległości. Nie wchodzę z nimi w interakcje."

Kasie West to jedna z moich ulubionych autorek książek new adult. Zakochałam się w "Chłopaku na zastępstwo", ale to "P.S. I like you" zdobyło moje serce. Byłam ogromnie ciekawa czym tym razem mnie zaskoczy, ale wiedziałam jedno - czekała mnie emocjonująca lektura o której szybko nie zapomnę.

Wcale się nie pomyliłam, bo także tym razem historia dwójki bohaterów bardzo przypadła mi do gustu. Nie wiem jak Kasie West to robi, ale z książki na książkę wypada co raz lepiej a jej historie są bardziej rzeczywiste (o ile to możliwe), wiarygodne i pełne ludzkich namiętności. Oczywiście stonowanych, by przyziemie i jednocześnie romantycznie prowadzić czytelnika przez wyjątkowe historie miłosne.

Xander stanął na drodze Caymen w najmniej oczekiwanym momencie. I wywrócił życie dziewczyny do góry nogami, bo ta musiała na nowo przeinterpretować wyuczone wartości. Ona żyje na uboczu, próbując wybudować względne szczęście pracując w sklepie z lalkami i ledwo wiążąc koniec z końcem. On - nie ma ograniczeń w otaczaniu się bogactwem i luksusem. Przyciąga ich do siebie los a dzielą podziały. Czy taka miłość ma szansę przetrwać w czasach, gdy takie różnice wciąż widoczne są jak na dłoni? Na to pytanie będziecie musieli odpowiedzieć sobie sami, ale musicie wiedzieć jedno - historia tych dwojga wcale nie jest taka oczywista, bo bohaterowie jak na powieści autorki przystało - są z krwi i kości, realni aż do bólu, a w dodatku wyposażeni w cały zestaw charyzmy i indywidualnych cech charakteru. Ich życie wcale nie jest takie jakie wydaje się na pierwszy rzut oka a przez to rodzące się uczucie wydaje się jeszcze bardziej skomplikowane. I choć chciałoby się rzecz, że nic w tym trudnego - wcale nie jest to takie łatwe. Dlatego kibicowałam im z całego serca, bo polubiłam Xandera i Cymen od pierwszych stron.

Fabuła choć przywodzi na myśl pewne schematy wcale nie jest taka oczywista. Biegnie w kierunku o którym nikt się nie spodziewał i interpretuje baśń o Kopciuszku w zupełnie inny sposób. To zdecydowanie mocna strona autorki - jej lekkość i swoboda z jaką bawi się historiami swoich powieści. Jest w nich wszystko: miłość, nadzieja, bezpieczeństwo, ale i trudny zwykłego życia, od których po prostu nie da się uciec. Wszystko to ukazane od początku do końca: West doskonale zdaje sobie sprawę, że tworząc coś musi to zbudować od początku do końca Dlatego jej książki są nie tylko pełne emocji, ale i zbudowane w najdrobniejszych szczegółach. Poznajemy historią dwójki bohaterów od dnia spotkania do wielkiego finału wydarzeń a także chwilę po, by mieć świadomość całej przebytej przez nich drogi.

To kolejna dobra książka autorki. Wciąż najwięcej punktów przyznaję "P.S. I like you", ale ta powieść mocno z nią konkuruje. To książka, której szuka wielu z nas - realna i otwarta na czytelnika, który chce poznać wydarzenia zbudowane od samego początku i dopracowane do ostatniej kropki. Kasie West mistrzowsko prowadzi czytelnika przez emocjonującą podróż ku miłości, która aż prosi się by wyciągnąć po nią rękę. Jednak przeciwności losu wcale tego nie ułatwiają. To jest w tym wszystkim najlepsze - niepowodzenia, które budują i dodają siły. Bez tego nie byłoby tak dobrego finału. Kolejny raz muszę napisać: West ma talent i wie jak z niego korzystać!

piątek, 19 maja 2017

"Odnajdę Cię" Anna Karpińska

"Odnajdę Cię" Anna Karpińska, Wyd. Prószyński i S-ka, Str. 432

"Żałuję, że nie stanęłam na wysokości zadania. Przepraszam. Bardzo Cię kocham. Szkoda, że tak późno to sobie uświadomiłam"

Lubię, gdy rozdziały podzielone są na poszczególnych bohaterów, bo w tedy można poznać więcej detali w rozgrywanych wydarzeniach. W tej powieści jest podobnie - Bożena i Dagmara otrzymały poszczególne rozdziały, by czytelnik mógł bardziej zbliżyć się do obu kobiet. To dobre posuniecie, bo obie postacie różnią się od siebie a ich indywidualne charaktery budują inną historię w tej samej fabule. Bohaterki - z krwi i kości - poprzez swoje życiowe rozterki bardzo łatwo przypadają do gustu czytelnika i pozwalają się utożsamić z daną postacią. Dla mnie obie kobiety okazały się intrygujące, ale skłaniałam się raczej ku stronie Dagmary.

W spadku po matce Dagmara otrzymuje nie tylko księgarnie, ale coś znacznie cenniejszego - list, wywracający jej życie do góry nogami. Dowiaduje się, że została adoptowana. Mocno przeżywa ten wstrząs, ale odniosłam wrażenie, że na początku zepchnęła tą nowinę na dalszy plan. Zajęła się bardziej przyziemnymi sprawami, przeprowadziła się do rodzinnego Torunia i przejęła księgarnię. Bała się jednak błądzić myślami w stronę swoich biologicznych rodziców, bo kompletnie nie wiedziała jak odnaleźć się w tej sytuacji. Nic dziwnego, bo nie ma pomysłu na to jak rozwiązać taki problem, ale przeszłość bardzo szybko upomniała się o chwilę uwagi. Mocno kibicowałam Dagmarze w całej tej sytuacji, bo kobieta zbudowała swoje życie i miała już pomysł na przyszłość, a jednak przyszło jej zaczynać wszystko od początku.

Równolegle do opowieści Dagmary prowadzona jest ta ze strony Barbary, pisarki z wieloma sukcesami na koncie, która dawno temu podjęła nieodwracalną decyzję. To nie jest zła kobieta, więc nie można skreślać jej postaci na wstępie - bardzo trudno było mi postawić się w jej sytuacji, ale dałam jej tyle zrozumienia ile mogłam, ale opłaciło się, bo w finale powieści poczułam się usatysfakcjonowana. Barbara wiele lat starała się zostać matką, ale nigdy jej się to nie udało, więc podjęła decyzję o adopcji dwóch sióstr. Niestety okazało się, że pomysł nie był do końca przemyślany i doprowadził do przykrych konsekwencji, o których musicie przekonać się na własnej skórze.

Fabuła mocno ingeruje w relacje rodzinne i właściwie na tym opiera całą swoją powieść. A jak wiadomo - to motyw przewodni, który budzi najwięcej emocji. Więc gdy dodamy do tego wszystkiego chorobę i mroki przeszłości, możemy otrzymać naprawdę dobrą całość, co potwierdza powieść "Odjadę cię". Chociaż nie pojawiło się zbyt wiele wątków, to autorka rozplanowała je w sposób, które na wstępie zapoczątkowały subtelną tajemnicę, która rozwiązała się dopiero pod sam koniec historii. To oczywiście typowa powieść obyczajowa, ale ma w sobie zabarwienie sekretów przeszłości i wprowadza trochę melancholii. 

"Odjadę Cię" to ciekawa historia, w której przeszłość ponownie daje o sobie znać. I to w momencie, w którym nikt się tego nie spodziewał. Dobrze napisana, w stylu historii o zwykłych ludziach, aż prosi się o to, by czytać w duecie z kubkiem gorącej herbaty. A jak wiadomo, autorka słynie z pisania powieści bardzo emocjonalnych, więc czy potrzeba czegoś jeszcze?

czwartek, 18 maja 2017

"Serafina i czarny płaszcz" Robert Beatty

"Serafina i czarny płaszcz" Robert Beatty, Tyt. oryg. Serafina and the Black Cloak, Wyd. Mamania, Str. 297

"Z otwartymi oczami i nastawionymi uszami przysięgła sobie, że jeśli mężczyzna w czarnym płaszczu wróci tej nocy, będzie gotowa."

Robert Beatty, autor tej zaskakującej powieści, zdecydował się na fabułę zakręconą, dziwną, jedyną w swoim rodzaju. Choć wszystko wskazuje na to, że książka kierowana jest do młodszej grupy odbiorców, sama w sobie opowieść przywołuje lekki dreszcz grozy nawet u dorosłego czytelnika.

Serafina mieszka w piwnicy. Przyczajona w mrokach posiadłości wychodzi nocą, by móc cieszyć się przestrzenią. Dlaczego ojciec ukrywa ją przed wzrokiem ciekawskich? Czy to dlatego, że jej wzrok hipnotyzuje za sprawą żółtych oczu? A może to sprawka czterech palców u rąk i nóg? Nie jest pewne co było powodem ukrycia córki w podziemiach, ale podejmując ten krok zmienił postrzeganie świata dziewczyny - cieszyła się nocą, która dawała jej pozornie nieograniczoną władzę.

Brzmi tajemniczo? Intrygująco? Tak jest w rzeczywistości. Choć autor w bardzo prosty i plastyczny sposób przedstawił postać Serafiny, bardziej przystępnej oczywiście dla każdego czytelnika, nie umknął mojej uwadze fakt, że ta nuta strachu bardzo go kusiła. Stworzył na jej podwalinach powieść subtelnie nakreśloną tajemniczością i niepewnością, która wywołuje lekkie uczucie trwogi, ale nie na tyle, by nie móc kontynuować lektury czy bać się zasnąć w nocy.

Dramatyczne momenty w fabule kumulują się, gdy Serafina odkrywa, że z Biltmore co noc znikają dzieci. Wówczas decyduje się wyjść z ukrycia i śledzić tajemniczą postać w czarnym płaszczu. Tylko ona jest w stanie podążać jego tropem bez ujawnienia swojej tożsamości. Tylko, że Biltmore kończy się lasem, do którego ojciec zakazał dziewczynie wstępu. Niestety - nie zawsze można słuchać zakazów. Na całe szczęście, bo gdy Serafina wkracza do zakazanego lasu rozpoczyna się największa przygoda. Biltmoreze swoim przepychem maleje w porównaniu z magią i kunsztem przedstawienia zgrozy wielkiego, tajemniczego świata drzew, bardzo działając na wyobraźnię czytelnika.

Postać Serafiny jest zbudowana na przykładzie dziewczyny poszukującej własnej tożsamości. Choć waha się stawić czoła tajemnicy - nie boi się iść przed siebie. Mając za sojusznika noc i być może Braedena Vanderbilca, młodego mieszkańca Biltmore rzuca się w wir przygody, udowadniając, że autorowi na pewno nie brakuje wyobraźni. "Serafina i czarny płaszcz" to magiczna opowieść pełna tajemnic, przygód i zaskoczeń. Bardzo się cieszę, że mogłam ją poznać.

środa, 17 maja 2017

"5 sekund do IO" Małgorzata Warda

"5 sekund do IO" Małgorzata Warda, Wyd. Media Rodzina, Str. 344

"Poza wirtualnym światem nie mam nikogo ani niczego do czego chciałabym wrócić"

Małgorzata Warda to jedna z moich ulubionych polskich autorek powieści obyczajowych. I choć czytałam niemal wszystkie jej książki - "5 sekund do IO" mnie ominęło. Bałam się trochę, że książka bardziej mnie rozczaruje niż zaciekawi, a nie chciałam by coś zaburzyło mój obraz dobrej pisarki. Długo się broniłam, ale w końcu przegrałam sama ze sobą i muszę przyznać, że ta przegrana trochę mnie podbudowała, bo ponownie idąc na przekór samej sobie trafiłam na wartą uwagi powieść.

Nie od dziś wiadomo, że Małgorzata Warda lubi sięgać po trudne tematy. Także tym razem - choć skierowała swoją książkę bardziej do młodzieży - nie zawahała się postawić na mocny motyw przewodni. Wyobcowanie, zatracenie się w wirtualnym świecie, teraz gdy mamy nieograniczony dostęp do internetu jest czymś na porządku dziennym. Jak się okazuje gra komputerowa może być równie ryzykowna co rzeczywiste życie, a niebezpieczeństwo ukryte pod pozorami fikcji jeszcze groźniejsze niż to o którym mamy świadomość w realnym świecie.

Dużym atutem tej lektury jest główna bohaterka, Mika, wykreowana w bardzo wiarygodny sposób. Przedstawiona na wzór zwykłej, inteligentnej nastolatki musi zmierzyć się z tragedią rozgrywaną na jej oczach. Będąc świadkiem strzelaniny w szkole staje oko w oko ze sprawcą całego ataku. To dramatyczna sytuacja, która nie powinna mieć miejsca, ale nie sposób już odwrócić wydarzeń. Jednak szybko okazuje się, że wydarzenia w szkole mogą mieć coś wspólnego z kontrowersyjną grą komputerową, w której gracz na własnej skórze odczuwa zapach, smak czy ból. Na prośbę policji dziewczyna decyduje się wejść do gry, by pomóc im zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Tylko czy sama rozumie to co się wokół niej dzieje?

Przyznaję, że autorka wybrała bardzo dobry kierunek swojej fabuły. Kierując ją do młodzieży posłużyła się tym co ich naprawdę interesuje - wirtualny świat wydał się tym razem bardziej realny niż mogliśmy przypuszczać. Gdy Mika decyduje się wejść do gry, nie wie, że wydaje na siebie wyrok. Wszystko wokół niej zaczyna się walić, a ona sama musi walczyć z przeciwnościami, by nie dać się wciągnąć w pułapkę niebezpiecznej gry. Kto by pomyślał, że wirtualny świat może okazać się taki niebezpieczny? To oczywista aluzja pomagająca chronić nas przed całkowitym poddaniem się zagrożeniom współczesnego świata.

Jestem pod wrażeniem, przede wszystkim dlatego, że autorka potraktowała młodzież jak równych sobie czytelników. Jej książka jest szczera i prawdziwa. Otwiera swój świat ku przestrodze nastolatków i dorosłych, bo każdy czytelnik śmiało może wybrać tą lekturę dla siebie i nie poczuje się rozczarowany. To kawał dobrej historii ku przestrodze, dobrze napisanej, z morałem i prawdą. Okazuje się, że Małgorzata Warda potrafi oczarować podejmując każdy temat. Polecam!

wtorek, 16 maja 2017

"Uwertura" Adrianna Rozbicka

"Uwertura" Adrianna Rozbicka, Wyd. Zysk i S-ka, Str. 448

"Przeznaczenie jest elastycznym kręgosłupem istnienia. Żywą, ekstremalnie wrażliwą na myśli, słowa i czyny antymaterią. Czasem to, do czego dążymy przez całe życie, okazuje się jedynie krokiem do czegoś kompletnie innego, większego."

Ostatnio mam to szczęście czytać książki naszych autorów, które napisane są z pomysłem i bardzo dobrą ręką. "Uwertura" skusiła mnie okładką, a zatrzymała przy sobie bardzo intrygującą treścią.

Alicja, główna bohaterka powieści, wie jak ważny jest taniec. Stanowi on dla niej cały sens życia, więc gdy dziewczyna doznaje kontuzji, cały jej świat wywraca się do góry nogami. Tylko czy siła marzeń nie ma mocy naprawczej? Jak się okazuje, by coś osiągnąć, trzeba zmierzyć się z problemami. Alicja decyduje się ponownie spróbować swoich sił w rewii, choć kilka lat temu mówiono jej, że już nigdy nie zatańczy. A jednak dziewczyna mimo przeciwności losu decyduje się na ten ostatni krok - albo przegra wszystko co ma, albo wygra całe życie.

Historia Alicji jest bardzo wiarygodna. Napisana z perspektywy osoby, która doskonale wie o czym pisze wywarła na mnie dość duży wpływ. Z każdej strony biła wiarygodność rozgrywanych wydarzeń - bohaterowie okazali się pełnowymiarowymi postaciami z krwi i kości a fabuła na tyle przemyślana i dobrze poprowadzona, że nie miałam wobec niej żadnych zarzutów. Adrianna Rozbicka - tancerka i choreografka z zawodu wiedząc o temacie wszystko poprowadziła wydarzenia w bardzo obrazowy sposób, dzięki czemu fabuła nie była dla mnie żadną tajemnicą, choć przecież z tańcem nigdy nie miałam zbyt wiele wspólnego.

Największym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że "Uwertura" nie jest powieścią miłosną, a historią obyczajową, choć bardzo bogatą w liczne wątki. Opowiada o prawdziwej silne marzeń, która prowadzi nas przez życie tak, by żadna sekunda nie była dla nas zmarnowana. Jak żyć w obliczu tragedii, która tylko dla nas wydaje się końcem świata? Przykład Alicji jest idealnym przykładem walki z własnymi demonami, które właściwie trudno wytłumaczyć komuś kto nie miał nigdy do czynienia z wielką pasją. Autorka bardzo jasno przedstawiła różnice między definicją zwykłego hobby a pasją kształtującą nasze życie.

I choć motyw przewodni tej powieści w pełni mnie do siebie przekonał, mam trochę zastrzeżeń wobec bohaterów. Są przejrzyści, przyjemnie wykreowani i intrygujący, ale jednocześnie trochę zbyt mało charakterni. Alicja ma w sobie potencjał pozytywnej osoby, która motywuje do działania, ale jej postać trochę się rozmywa. Miejscami przebija się jej wiara w siebie i kiedy już, już myślałam, że zaskoczy mnie czymś nieoczywistym - spadałam razem z nią na ziemię. Nie zrozumcie mnie źle, to dobra i pozytywna bohaterka, ale zabrakło jej odrobiny tej lekkości, którą utożsamia się z tańcem. 

Błędy jednak się wybacza, szczególnie w przypadku ciekawie napisanego debiutu. "Uwertura" to dobrze napisana historia i warta uwagi, która daje wiarę w polskich autorów. Uważam, że warto dać jej szansę, bo jestem przekonana, że urzeknie wielu czytelników. I choć dla mnie zabrakło jej troszeczkę życia, chętnie sięgnę po kolejne książki autorki o ile będziemy mieli szansę je poznać. Myślę, że wielu z Was się ze mną zgodzi, ale najpierw zapraszam do lektury.

poniedziałek, 15 maja 2017

"W rytmie passady" Anna Dąbrowska

"W rytmie passady" Anna Dąbrowska, Wyd. Zysk i S-ka, Str. 392

"Patrzyłam na niego, poddawałam się czarom tego zaklęcia, a wszystko inne stało się nagle nieważne niczym ziarenko piasku, zbyt małe, by się na tym koncentrować."

Literatura polska dawno temu była moją słabą stroną. Praktycznie nie czytałam żadnych książek naszych rodzimych autorów zamykając się na tą twórczość bez szczególnego powodu. Byłam przekonana, że nic dobrego nie spotka mnie podczas czytania polskiej literatury i dziś jest mi przez to naprawdę wstyd - za zamknięcie się i za przegapienie wielu zapewne bardzo dobrych książek. Idealnym przykładem jest najnowsza powieść Anny Dąbrowskiej - wyjątkowa historia bijąca na głowę wiele tych, które wyszły spod pióra amerykańskich pisarzy.

Fabuła rozpoczyna się właściwie całkiem typowo - dwójka bohaterów z dwóch różnych światów, która zmaga się z przeciwnościami losu, by móc osiągnąć szczyty własnych marzeń. Julita, uczennica liceum oddziela się od swoich rówieśników i zamyka we własnym wnętrzu. Żyjąc wydarzeniami z przeszłości dostaje jednak szansę otworzenia się na świat startując w konkursie tanecznym. Z kolei Marcel jest instruktorem, który swoją pasją zaraża wszystkich dookoła. Jednak choroba matki rujnuje jego wszystkie plany. Do czasu, gdy chłopak nie zdecyduje się wystartować w konkursie, by zdobyć pieniądze na jej leczenie. Tym samym konkursie, w do którego została zaproszona Julita...

Na tym typowość tej książki kończy się z wielkim hukiem. Autorka zapoczątkowała nowy rozdział w literaturze młodzieżowej odrzucając w kąt stare, utarte schematy i zaczynając coś zupełnie nowego - powiew świeżości w postaci rytmów muzyki i swobody tańca. A przecież wiadomo, że taniec, podobnie jak muzyka - łagodzi obyczaje i szybciej trafia do serca. Nic więc dziwnego, że książka Anny Dąbrowskiej tak mocno mnie poruszyła. Przyznaję, że nie byłam przygotowana na tak dobrze skrojoną i przemyślaną fabułę, bo podeszłam do książki bardzo sceptycznie - nie wiedziałam czy projekt autorki wypadnie tak dobrze jak się zapowiadał, ale dziś - świeżo po lekturze - muszę zwrócić jej honor. Wykonała kawał dopracowanej w każdym detalu powieści od której nie sposób się oderwać.

"W rytmie passady" to pięknie napisana, przejmująca powieść o sile ludzkich namiętności, życiu i śmierci, które nadają kierunek naszej egzystencji. Gdzieś w tle, za plecami głównych bohaterów rozgrywały się prawdziwe dramaty, które mogłyby poruszyć czytelnika, gdyby ten do granic możliwości nie wpatrywał się w role odgrywane przez Julitę i Marcela - kochali i cierpieli, nawzajem ucząc się szczęścia, wykorzystując nieszablonowy motyw tańca, w którym to nie słowa a emocje odgrywają pierwsze skrzypce. Tym sposobem dwa zupełnie różne światy stykają się w jednym momencie, by zapomnieć o różnicach i stanowić przez moment kompletną całość. Tylko czy uśmiech losu jest w stanie pokonać burzowe chmury, gdy nieoczekiwany zwrot akcji wkracza z impetem do życia bohaterów?

Anna Dąbrowska napisała fascynującą, pełną emocji powieść, która jest pięknym obrazem szczęścia wymieszanego z nutą goryczy. Gdy już myślałam, że wiem w jakim kierunku potoczą się losy głównych bohaterów - zderzyłam się z zaskakującym zakończeniem, którego zupełnie się nie spodziewałam. Tym większy mam szacunek do twórczości autorki, bo potrzeba wielkiego talentu by stworzyć tak niebanalną i jednocześnie piękną powieść. O ludzkich namiętnościach - przeciwnościach losu - to książka jedyna w swoim rodzaju!

niedziela, 14 maja 2017

"Rok Potopu" Margaret Atwood

"Rok Potopu" Margaret Atwood, Tyt. oryg. The Year of the Flood, Wyd. Prószyński i S-ka, Str. 560

"O tym, czym jesteśmy, decydują nasze marzenia. Bo gdybyśmy nie mogli o niczym marzyć, to po co się w ogóle trudzić?"

Margaret Atwood ponownie przenosi swoją fabułę do alternatywnej rzeczywistości, gdzie wita nas Rok Potopu. To czas zagłady, w którym gatunek ludzki odszedł w zapomnienie przez bliżej niesprecyzowaną zagładę. Ocalały tylko dwie kobiety - Toby i Ren, to również one wprowadzają czytelnika do swojej, bądź co bądź, zaskakującej opowieści, w której krytyka gatunku ludzkiego jest widoczna jak na dłoni.

Nie jest to na pewno łatwa historia, ani książka dla każdego. Po pierwszym tomie serii wiem już, że ten cykl dedykowany jest raczej dla tych bardziej odważnych czytelników, którzy nie boją się zagłębiać w pokręcone rzeczywistości. Plebsopolia, którą zamieszkują pleboszczury to miejsce przypominające świat po wybuchu boby technologicznej - wszystko nowe, błyszczące, wyposażone w nową technologię, pełne cudacznych eksperymentów. Tutaj też powstają nowe gatunki zwierząt, a ludzkie namiętności wychodzą na światło dnia i nie są dla nikogo zaskoczeniem. Główne bohaterki żyjące w tym świecie w końcu trafiły do Bożych Ogrodników, samozwańczego świata wyzwolenia spod jarzma pychy, egoizmu i przekłamania. Ogrodnicy żyją na wzór współczesnych wegetarian, ale są bardziej zachłanni - wydają się idealni dla siebie, ale z perspektywy czytelnika ie jest to takie oczywiste. Żyją w zgodzie z naturą i samym sobą, ale czy ich podejście do świata jest na pewno szczere?

Fabuła jest bardzo trudna do zrozumienia. Zagłębienie się w jej treści wymaga sporego zaangażowania i chęci poznania czegoś zupełnie nieoczywistego. Jest w tej historii mnóstwo bohaterów, którzy przewijają się przez karty powieści w mniej lub bardziej intensywnym stopniu, ale to Toby i Ren postawione zostały w roli bohaterek skupiających na sobie całą uwagę. Ich wspólne losy łączą się ze sobą w nieoczekiwanym momencie, ale to nie jest tutaj najważniejsze - w tej historii liczy się analiza psychologiczna postaci, które zostały postawione w różnych życiowych sytuacjach, zazwyczaj trudnych i dramatycznych, gdzie bohaterowie nie mają pojęcie co zrobić z własnym losem i jakie decyzje podjąć. Autorka po przez przykład głównych bohaterek nawiązuje do brutalnego świata, w którym kobieta często stoi przed obliczem nieznanego strachu i zagrożenia w postaci pobicia czy gwałtu. Przewija się przez to wszystko subtelny wątek feministyczny, ale to znak rozpoznawczy Atwood - także i tym razem pokazała kobietę w pozytywnym świetle, gdy męskie postacie zostały sklasyfikowane do gatunku zadufanych, egoistycznych, zbyt pewnych siebie postaci.

Margaret Atwood napisała bardzo zaskakującą i pomysłową historię. Nie wiem jak duże grono fanów zbierze, ale na pewno przypadnie do gustu tym, którzy lubią nieoczywiste fabuły, w których morał widoczny jest jak na dłoni. Przez swojej wewnętrzne poglądy autorka próbuje zmusić czytelnika do myślenia i zwrócić jego uwagę na istotne kwestie - faunę i florę, ekologię czy ludzką obojętność. Przyznaję, że pomysł okazał się naprawdę dobry i mnie do siebie przekonał. Choć uważam, że fabułą jest ciężka i trudno przez nią przebrnąć to z perspektywy czasu potrafię wyciągnąć odpowiednie wnioski z treści.

"Rok Potopu" jest na pewno lepszą częścią niż pierwszy tom. Ta historia bardziej do mnie trafiła i więcej ukrytych znaczeń mogłam rozszyfrować. Dalej jednak uważam, że książka jest przesadnie nastawiona na dane wartości i niemal zmusza czytelnika do przyjęcia racji autorki. Nie ma tutaj miejsca na zastanowienie, nie ma czasu na dyskusję - możemy przyjąć tylko to co daje nam Atwood. Z jednej strony nie jestem przekonana do tej historii, ale z drugiej doceniam jej treść i przejęłam jednak kilka wartości zasianych w losach bohaterów. Trudno mi powiedzieć czy jest to historia dobra, ale na pewno takiej antyutopii jeszcze nie czytałam. Absolutnie nie żałuję swojego wyboru i ze swojej strony polecam (można czytać bez znajomości pierwszej części). Bardzo chętnie dowiem się co Wy myślicie o tej serii.

sobota, 13 maja 2017

"Koniec samotności" Benedict Wells

"Koniec samotności" Benedict Wells, Tyt. oryg. Vom Ende der Einsamkeit, Wyd. Muza, Str. 384

"Rzeczy przychodzą i odchodzą, długo nie mogłem tego zaakceptować, a teraz nagle udaje mi się to z łatwością."

Jules po śmierci rodziców zostaje oddelegowany wraz z rodzeństwem do domu dziecka. I choć wydawać by się mogło, że podobna tragedia zacieśni rodzinne więzi - każdy z nich oddala się w swoją stronę. Porzucony i osamotniony Jules próbuje radzić sobie ze stratą na własny sposób. Jedynym jasnym punktem tragedii okazuje się Alva z którą bardzo szybko nawiązuje nić przyjaźni. Tylko czy czas pozwoli im kontynuować nowo poznaną relację?

Pech w życiu głównego bohatera nie ma sobie równych. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że będzie to tak smutna i przejmująca historia. Nie spodziewałam się poczucia humoru czy scen komizmu, ale jednocześnie liczyłam na pewien powiew nadziei czy subtelnego szczęścia. Losy Julesa jednak bardzo szybko wyprowadziły mnie z błędu - los zaplanował dla niego bardzo trudną drogę. Z biegiem czasu chłopak stracił Alvę, która - tak jak inni z tego miejsca - próbowała za wszelką cenę wyrwać się z otchłani beznadziei. I choć bohater jest sympatycznym człowiekiem, któremu od początku chce się kibicować, nie sposób nie zauważyć, jak kiepsko radzi sobie w dorosłym życiu.

Autor przejmująco przestawił tragizm Julesa, który choć odnalazł na nowo nić porozumienia z rodzeństwem, wciąż tęsknił za utraconą przyjaciółką. I gdy już myślał, że nic gorszego go nie spotka - odnalazł Alvę, a wraz z nią: jej męża. Tym trudniej jest pogodzić się z losem głównego bohatera, gdy on sam relacjonuje swoją opowieść. Na przestrzeni kilkudziesięciu lat dogłębnie przedstawia swoją historię, z myślami kłębiącymi się w jego głowie, z problemami i dylematami. Benedict Wells całkiem wiarygodnie przedstawił tego bohatera, mimo całej otoczki samotności, bólu i śmierci, którą miałam ochotę przegonić. Ale - choć z reguły nie lubię tak ponurych powieści - przyznaję, że był w tym wszystkim pewien przekorny urok. Może to perspektywa zmiany losu dała mi nadzieję, a może zmiany które dostrzegałam w głównym bohaterze, ale gdzieś w głębi mojej podświadomości tliła się nadzieja, że może to nie koniec.

Zaskakujący jest fakt, że mimo całego dramatyzmu rozgrywanych wydarzeń powieść nie jest ciężka w odbiorze. Właściwie czyta się ją w zaskakująco szybkim tempie, bo autor ma lekki i obrazowy styl. Zręcznie nakreślił wiarygodną postać Julesa i jego życie, nie zapominając także o świecie przedstawionym - mamy tutaj w końcu do czynienia z dużym przedziałem czasowym. 

"Koniec samotności" to przykład przewrotności literatury - uciekamy do książek, które zaprowadzą nas do ciekawszego, zapewne bardziej optymistycznego świata, a jednak zachwycamy się tragizmem życia poznawanych bohaterów. To dobra książka a twórczości Wells niczego nie brakuje - dobrze napisana, wciągająca historia z nutą filozoficznego "co by było gdyby" w tle. Bardziej społeczno-obyczajowa niż romantyczna, choć i tego wątku nie skreślałabym tak łatwo. Dajcie jej szansę, przekonajcie się czy i Wy odnajdziecie się w historii.

piątek, 12 maja 2017

"Zły Romeo" Leisa Rayven

"Zły Romeo" Leisa Rayven, Tyt. oryg. Bad Romeo, Wyd. Owarte, Str. 435

"Czasami otaczamy się murem nie tylko po to, by nie dopuszczać do siebie innych, ale i po to, by się przekonać, komu zależy na nas na tyle, by zechciał go zburzyć."

Gdy sięgam po kolejne książki z gatunku New Adult wstrzymuję oddech. Boję się, że trafię na kolejną, nic nie znaczącą, schematyczną powieść, która będzie powtórką z tego co czytałam już dawno temu. Nuta sceptycyzmu pojawiła się także przy wyborze powieści "Zły Romeo", ale wystarczyło kilka pierwszych zdań, żebym całkowicie zatraciła się w historii i dała się porwać opowieści.

Gdybym miała wyznaczyć kluczowy atut tej lektury bez wahania powiedziałabym: bohaterowie. Cenię sobie nie tylko wiarygodną kreację, ale przede wszystkim inteligencję, charyzmę oraz nutę ironii w dialogach. Leisa Rayven właśnie to mi zagwarantowała - relacja Cassie i tytułowego złego Romea nie tylko chwytała mnie za serce, ale czasami także bawiła w sposób najlepszy z możliwych. Oboje różnią się w ten charakterystyczny sposób, który już wielokrotnie pojawił się w innych powieściach: ona - idealna, on - zły outsider. Cassie sama pozwoliła sobie na to, by uważano ją za idealną córkę, więc gdy na przekór wszystkim zdecydowała się zdawać do prestiżowej szkoły aktorskiej - wywołało to nie lada zamieszanie. Ale ten krok pozwolił jej poznać Ethana, chłopaka pechowego i odrzuconego przez innych. I choć połączyła ich prawdziwa nić porozumienia, gdy zaczęli grać w teatralnej sztuce "Romeo i Julia" ich historia potoczyła się zgodnie z wymogami dramatu - tragiczne.

Idealnym dopełnieniem rozgrywanej fabuły okazało się podzielenie historii na dziś i w przeszłości. Z naciskiem na retrospekcje, w których mogłam śledzić wyjątkową historię miłosną z góry spisaną na porażkę. Lubię takie zbiegi, bo mogę poznać losy bohaterów w kluczowym dla nich punkcie, a nie po latach, kiedy emocje opadają. Więc gdy śledziłam pierwsze kroki młodych aktorów jednocześnie miałam świadomość, że wydarzenia z przeszłości doczekały się swojego bisu - Ethan wrócił, by odzyskać utraconą miłość. Tylko, że to wcale nie jest takie łatwe, bo stracone zaufanie nie jest tak łatwo odzyskać. Bez wątpienia historia tych dwojga to romans jakiego jeszcze nie było.

Nawet gdybym chciała napisać, że ta historia ma w sobie schematyczność, nie mogłabym tego zrobić, bo minęłabym się z prawdą. Jest w niej jakiś powiew świeżości, coś nowego i nieoczywistego, przez co fabuła mocno trafia do czytelnika. To duża zasługa nagromadzonych emocji, ale i bohaterowie odgrywają kluczową rolę - pełnowymiarowi, zaskakujący, mający coś do powiedzenia. Obok takich książek nie przechodzi się obojętnie i czyta się je z wielkim zaangażowaniem, bo są jasnym punktem swojego gatunku. Tragizm losów dwójki bohaterów ma w sobie pewien przekąs - pierwowzory Romea i Julii nigdy nie miały prawa do naprawienia swoich błędów, a tym razem Cassie i Ethan otrzymali drugą szansę. Leisa Rayven zatem otwiera przed czytelnikiem ponadczasowy motyw - walki o miłość w momencie najbardziej niesprzyjającym. Czy błędy z przeszłości można wybaczyć? Czy można odzyskać utracone zaufanie? Odpowiedzi odnajdziecie w jednej z piękniejszych historii miłosnych.

"Zły Romeo" to książka, która zasługuje na duże uznanie. Ma w sobie moc, która płynie z prawdziwych uczuć. Bawi, intryguje, chwyta za serce - nie sposób się jej oprzeć. Uwielbiam takie powieści, w których mogę pozwolić sobie na zatracenie bez obawy, że się rozczaruję. Leisa Rayven na bazie dwóch odmiennych żywiołów pokazała ogrom tragedii wywołanej nieprzemyślanymi wyborami. To jedna z lepszych powieści jakie ostatnio miałam przyjemność przeczytać. Chwyta za serce, rozkochuje i nie daje o sobie zapomnieć.

czwartek, 11 maja 2017

"Pierworodna" Tosca Lee

"Pierworodna" Tosca Lee, Tyt. oryg. Firstborn, Wyd. IUVI, Str. 360

Tosca Lee zaskoczyła mnie fabułą książki "Potomkowie". Wówczas nie wiedziałam czego się spodziewać a otrzymałam lekturę intrygującą, wciągająca i bardzo dobrze napisaną. Dlatego kontynuacji serii Piętno Krwawej Hrabiny wypatrywałam z dużą niecierpliwością, bo byłam ciekawa co wydarzy się dalej i przede wszystkim - czy autorce uda się przekroczyć poprzeczkę, która sama postawiła sobie bardzo wysoko.

Dużym atutem tej historii jest jej dorosłość. Książka napisana jest nie tylko z pomysłem, ale i z głową. Dopracowano każdy detal, rozwinięto fabułę, napisano historię głęboką i wartościową. Bez wątpienia autorka wie jak zwrócić na siebie uwagę czytelnika - moje uznanie ma i przy drugim tomie serii absolutnie go nie straciła. Wręcz przeciwnie, jestem pod wrażeniem pociągnięcia losów wojny między Potomkami i Dziedzicami oraz losów samej Audry, głównej bohaterki.

Emocjonujące zakończenie pierwszego tomu dało mi przedsmak przygody drugiej części. Audry, postać niezwykle dopracowana i wiarygodna, to kobieta, której życie nie toczyło się do tej pory prostym rytmem. A jednak nie popadła w skrajną rozpacz, tylko zbierając w sobie wszystkie siły postanowiła sprzeciwić się nieprzychylności losu. W dodatku, w jednej chwili powracają do niej wszystkie wspomnienia - wymazane na jej własne życzenie powracają do niej z siłą pocisku. Prawda w końcu wychodzi na jaw a to wymusza na bohaterce działania, które zagrażają jej życiu. Tylko, że jej zadaniem jest odnalezienie i pokonanie Historyka - śmiertelnego wroga. Inaczej wojna wciąż będzie trwać. Tylko, że jej działania nie będą zgodne z prawem, ale czy to powstrzyma ją przed wyzwoleniem się spod jarzma wiszącej nad nią tragedii?

Postać Audry to centralny punkt fabuły - bohaterka jest dojrzałą emocjonalnie postacią, która dorosła do tego by mieć córeczkę i męża. Oraz do tego, by darzyć ich wielką miłością. Zdeterminowana by walczyć o swoje nie cofnie się przed niczym i jednocześnie zainspiruje czytelnika do jego walki o zamierzone cele. Co zrobić by zdobyć miłość i szczęście? Walczyć za wszelką cenę dokładnie tak jak Audry, która ogromnie mi zaimponowała. To jedna z moich ulubionych bohaterek

Może wyprowadzę Was z błędnego założenia, jeśli podążacie tym samym tokiem rozumowania, jakim ja podążałam przy pierwszej części. Seria Lee to nie jest powieści młodzieżowa. To pomysłowy misz-masz literacki, który - jak wspomniałam powyżej - dopracowany w każdym detalu zaowocował świetną historią. Pojawiły się tutaj wartości rodzinne, miłość i dynamiczna akcja oraz nuta magii, która wszystko idealnie scala. Dynamizm, nieoczekiwane zwroty akcji, intrygi i poszukiwanie samego siebie - to jedne z wielu licznych motywów przewodnich tej historii. Pomieszanie fantastyki z thrillerem okazało się połączeniem doskonałym i jestem przekonana, że "Pierworodna" zdobędzie duże uznanie wśród czytelników.

środa, 10 maja 2017

"Pierwszy dotyk" Laurelin Paige

"Pierwszy dotyk" Laurelin Paige, Tyt. oryg. First Touch, Wyd. Kobiece, Str. 544

"Problem z ludźmi, którzy naprawdę są niebezpieczni, Emily, polega na tym, że nigdy nie wiesz, jak bardzo są groźni, dopóki nie jest za późno."

Kilkakrotnie mogłam przeczytać, że powieść Paige to erotyk, jakiego jeszcze nie było. Podobno wciąga, intryguje i po prostu rozkochuje w sobie na całego. Zaintrygowana tymi opiniami postanowiłam przekonać się na własnej skórze czy i ja odbiorę fabułę równie pozytywnie.

Amber i Emily, kiedyś serdeczne przyjaciółki, dziś stoją po dwóch stronach barykady. Gdy pewnego dnia Amber na nowo próbuje skontaktować się ze swoją dawną przyjaciółką Emily rozumie, że dzieje się coś niedobrego. Dlatego postanawia pomóc dziewczynie. Wynajmując detektywa dowiaduje się, że Amber przepadła bez śladu kilka miesięcy wcześniej, a jedyny trop prowadzi do jej byłego kochanka - milionera Reeve’a Sallisa. Nie wiedząc jak udowodnić jego winę Emily decyduje się na ryzykowny krok: uwiedzie Reeve'a i odnajdzie przyjaciółkę. Przynajmniej taki był wstępny plan, bo nikt się nie spodziewał, że mężczyzna otoczony jest mrokiem i to bardzo kuszącym...

Muszę przyznać, że fabuła faktycznie porywa od pierwszych stron. Połączenie erotyki z thrillerem mocno nacechowanym klimatem tajemnicy, niewiedzy i nawet subtelnej nuty grozy zaowocowało powiewem czegoś nowego. Owszem, pojawiła się dziewczyna, która nie boi się wkroczyć do jaskini lwa i bogacz owiany tajemnicą, ale czy jeden schemat może zburzyć całkiem dobrze rokującą fabułę? Jak się okazuje - nie. Ze strony na stronę zaczęłam rozumieć dlaczego pojawiło się tak wiele pozytywnych opinii na temat tej książki. Wszelkie schematy zostają przegonione przez nowe pomysły - zagadka kryminalna aż się prosi o rozwiązanie, klimat fantastycznie prowadzi przez fabułę a zakończenie zapowiada tylko jedno - jeszcze lepszą kontynuację.

Jestem też pod wrażeniem kreacji bohaterów. Przyznaję, nie spodziewałam się tak dobrze nakreślonych postaci, którym właściwie nie mogę nic zarzucić. Emily to dziewczyna, która absolutnie nie irytuje a za to bardzo szybko zjednuje sobie sympatię czytelnika. Z kolei Reeve - to chodząca zagadka, której rozgryzienie jest dla czytającego doskonałą zabawą. To mężczyzna o wielu twarzach, gdzie raz ujawnia się jako wielki romantyk, a innym razem aż mrozi krew od zabójczego spojrzenia. Ma wszystko o czym marzył, przynajmniej powierzchownie i nie boi się sięgać po swoje. Mam wrażenie, że nawet czytelnika w pewien sposób sobie podporządkował - albo gramy według jego zasad, ale wypadamy z gry i nie mamy dostępu do lektury. Jedynie związek tych dwojga mógłby wymagać podrasowania, bo tutaj schematyczność niestety nie dała się stłamsić i połączenie między panem a uległą nie do końca przypadło mi do gustu.

"Pierwszy dotyk" to powieść dla dorosłych. Bez wątpienia sceny erotyczne nie nadają się dla świadomości młodszego czytelnika, bo żar jaki od nich bije może sparzyć nawet zagorzałych fanów powieści erotycznych. Ale to zaleta twórczości autorki - jak już pisze o czymś, to z sercem i zaangażowaniem, przez co z każdej sceny bije cała masa emocji. Dreszczyku dodaje tajemnica, której do tej pory w podobnych książkach jeszcze nie spotkałam. To naprawdę dobrze napisana, pomysłowa książka. Już nie mogę się doczekać kontynuacji!

http://dadada.pl/pierwszy-dotyk-paige-laurelin,p430699

wtorek, 9 maja 2017

"Buntowniczka z pustyni" Alwyn Hamilton

"Buntowniczka z pustyni" Alwyn Hamilton, Tyt. oryg. Rebel of the Sands, Wyd. Czwarta Strona, Str. 365

"Mówili, że po zmroku do Deadshot zaglądali tylko tacy, po których nie można się było spodziewać niczego dobrego."

Amani, główna bohaterka powieści, zrobi wszystko by udać się do Izmanu. Przebiera się zatem za chłopaka i staje do walki w pojedynku. Do wygrania nie ma tylko pieniędzy, bo jest też wolność. Amani marzy o uwolnieniu się z miejsca, które nigdy nie było jej przychylne. Dorastała w świcie obojętności i jednoczesnej bezwzględności.

Alwyn Hamilton bardzo otwarcie pisała o okrucieństwie społeczności, w której żyła główna bohaterka. Bez ogródek czy zbędnych upiększeń pokazała jak dzika potrafi być ludzka natura i w jak pierwotnym kierunku może podążać, gdy nikt jej nie kontroluje. Stwarzając swój świat na podwalinach Baśni z tysiąca i jednej nocy pokazała bardziej mroczną stronę orientalnej kultury. Przyznaję, że udało się to autorce, bo jej świat zwrócił na siebie moją uwagę - bogaty w detale, dopracowany, z licznymi klimatycznymi elementami nadającymi mu indywidualność. Szczególnie Buraqi skupiały na sobie moją uwagę - piaskowe konie wykreowane w bardzo magiczny sposób.

Jednak świat przedstawiony to nie wszystko. I choć ten udał się autorce, to mam wrażenie, że nie do końca pokazała swoje możliwości w przedstawieniu rozwoju fabuły. Skupiając się na utartych schematach pokazała zbuntowaną Amani, która zrobi wszystko, by wyrwać się z chorego towarzystwa i Jina (w oparciu o postać dżina, nie inaczej), tajemniczego chłopaka, który wyrusza razem z nią w podróż. Chciałabym by nić jaka ich połączyła była płomienna i zmienna jak pogoda - raz łzy, raz radość, a jeszcze innym razem chłodna obojętność. Czy nie tak zostaliśmy nauczeni, że wachlarz emocji w przypadku wątku romantycznego opartego na głównych bohaterach musi doprowadzać do rozstroju nerwowego? Nie tym razem. Autorka zaskakująco subtelnie poprowadziła relacje łączącą Amani i Jina, gdzie miłość tak naprawdę jest tutaj tylko w tle. A może właściwie jej nie ma? trudno stwierdzić, bo było tego zdecydowanie zbyt mało.

Nie mogę jednak skreślić tej książki dlatego, że zamiast miłości dostałam dobrą przygodę. A tą dostałam bez żadnych wątpliwości. Przez całą fabułę przewinęło się wiele mniej lub bardziej ciekawych przygód, chociaż zabrakło mi przy tym jednocześnie dynamizmu - jakby skupiając się na konkretnych wydarzeniach autorka zapomniała, że musi wlać w nie jeszcze trochę życia. Przez to pierwsza część historii Amani była dla mnie trochę ospała, bardziej spokojna w porównani do drugiej połowy, gdzie akcja zaczęła w końcu napierać tempa. 

"Buntowniczka z pustyni" ma w sobie potencjał, choć nie w pełni wykorzystany. Jestem bardzo ciekawa, czy autorka rozwinie się w kontynuacji, bo jak na razie mogę napisać: dobra, ale nie rewelacyjna. Lektura przygód Amani pozwoliła mi miło spędzić czas w przyjemnym towarzystwie, ale jak dla mnie to trochę za mało. Chciałabym więcej życia, energii, nieoczekiwanych zwrotów akcji - a zdecydowanie mniej spokoju, który panował w pierwszym tomie. Choć byłabym niesprawiedliwa odradzając Wam tą powieść: jest dobra, przyjemna, warto dać jej szansę.

poniedziałek, 8 maja 2017

"Pocałunek na pożegnanie" Tasmina Perry

"Pocałunek na pożegnanie" Tasmina Perry, Tyt. oryg. The last kiss godbye, Wyd. Kobiece, Str. 488

"Nie wiedział, że rozmowa, którą miał przeprowadzić, całkowicie zmieni bieg jego życia."

"Pocałunek na pożegnanie" to obyczajowo-romantyczna historia, sięgająca roku 1961, jak się okazuje: pełna wzlotów i upadków, w której wszystko jest możliwe.

W archiwum Królewskiego Instytutu Kartografii Abby natrafiła na przejmujące zdjęcie rozstających się kochanków. Wystawione jako obiekt podziwu na wystawie o brytyjskich podróżnikach zdjęcie wzbudziło zachwyt wszystkich odwiedzających. To właśnie okazało się dla Abby bodźcem do działania - zapragnęła poznać historię tej pary i dowiedzieć się o nich wszystkiego co możliwe. Tylko czy ta historia nie została już dawno zapomniana?

Nie bardzo wiedziałam na co mogę liczyć w przypadku powieści Perry. Miałam cichą nadzieję, że otrzymam pełną emocji powieść o miłości, ale w bardziej spokojnym stylu. Myliłam się - i to bardzo. Wbrew wszelkim pozorom trafiłam w sam wir ludzkich namiętności, sięgających do pięćdziesięciu lat wstecz, kiedy to przypadły najlepsze lata życia Rosamund i Dominica - parze z odnalezionej fotografii.

Powieść opiera się na dwóch płaszczyznach czasowych - teraźniejszości i przeszłości, w których mogłam śledzić poszukiwania Abby i jej nieszczególnie ciekawe życie miłosne, które nazwać "żadnym" byłoby wielkim niedopowiedzeniem oraz poruszającą opowieść Rosamund i Dominica. To właśnie ten wątek skupił na sobie całą moją uwagę. Ich piękna nić porozumienia nawiązała się od przyjaźni, bardzo szczególnej i zmysłowej, aż w finale doprowadziła do oczywistego uczucia. 

To co zaskoczyło mnie najbardziej, to nieoczekiwane, subtelnie odkrywane zwroty akcji. Jak się okazało, także w tak pięknym związku pojawiły się sekrety i tajemnice - nieodkryte aż do współczesnych czasów. Abby udało dotrzeć się do faktów, które zaskoczyły czytelnika, ale jednocześnie wzbudziły też kilka pytań bez odpowiedzi: czy gdyby to wyszło na jaw znacznie wcześniej, czy coś by to zmieniło? Można gdybać, można się zastanawiać, ale bez wątpienia to dodaje fabule koloru i potrzebnej nuty tajemniczości. Autorka w subtelny sposób pokazała życie tej pary na przykładzie uczuciowych, ciepłych opisów wydarzeń, lekkich scen miłosnych czy młodzieńczych uniesień, bezkrytycznie jednak traktując swoich bohaterów i ich ocenę pozostawiając czytelnikowi.

Historia przeniosła mnie w czasie, zabrała do Londynu, Petersburga czy Francji. Zmieniła moje postrzeganie oczywistości i otworzyła oczy na to, że w każdej chwili może wydarzyć się coś nieoczywistego. Za sprawą subtelnej powieści Tasmina Perry pokazała mi, że mimo upływu czasu ludzie tak naprawdę niewiele się zmieniają. Co wspólnego ma Abby z Rosamund? Czy połączyła ich tylko przypadkowa fotografia? A może jest w tej historii pewien przekąs, podobizna i motywacja do działania? Przekonajcie się sami, bo ta podróż do świata pełnego miłości, sekretów i wyjątkowych scenerii może zmienić oblicze kobiecej literatury.

niedziela, 7 maja 2017

"Metoda" Shannon Kirk

"Metoda" Shannon Kirk, Tyt. oryg. Method 15/33, Wyd. Prószyński i S-ka, Str. 336

"Uwzględniając nagły skok poziomu strachu po wejściu do lasu, skorygowałam obliczenia o trzy cyfry. Kiedy doliczyłam do sześćdziesięciu, wypadliśmy z gęstwiny drzew w niską trawę, na nieosłonięte światło księżyca. To pewnie polana. Nie, to nie polana. A może polana? Nawierzchnia drogi. Dlaczego nie zaparkowaliśmy tutaj? Stały ląd, stały ląd, stały ląd."

Książka Shannon Kirk zaintrygowała mnie opisem, a to nie zdarza się zbyt często. Bardzo lubię książki o niebanalnej treści, zaskakujące i nawet trochę pokręcone, a tym właśnie kusiła mnie "Metodyka".

Fabuła od pierwszego rozdziału rozpoczyna się mocnymi wrażeniami, bo zaczynamy obserwować zachowanie Dorothy czwartego i piątego dnia w niewoli. Dziewczyna ma szesnaście lat, jest w ciąży i na domiar złego została uprowadzona. Ktoś decyduje się na porwanie jej z ulicy, nie boi się niechcianych obserwatorów. Skrępowaną i nieświadomą niczego wywozi ją w nieznanym kierunku, by... właściwie dlaczego ktoś ją porywa? W tym miejscu rozpoczyna się bardzo dziwna przygoda, która prowadzi czytelnika w nieznane zakamarki i to co zaczyna dziać się na kolejnych stronach, może wprowadzić w osłupienie.

Dorothy jest bardzo nietypową postacią. Nie dość, że w młodym wieku zostanie mamą, to ktoś zgotował jej piekło na ziemi. Przynajmniej tak może powiedzieć każdy poboczny obserwator, gdy słyszy o podobnych wydarzeniach. Ale porywacz nie podejrzewał, że trafił na kogoś nietypowego, kto pokrzyżuje mu plany szybciej niż mógł przypuszczać. Musicie wiedzieć, że postać głównej bohaterki to kreacja zupełnie nietypowa i do tej pory właściwie mi nieznana. Dorothy nie zachowuje się jak ktoś przerażony całą sytuacją. Dziewczyna chcąc chronić swoje nienarodzone dziecko za wszelką cenę próbuje wydostać się z tajemniczego budynku. Ale to nie wszystko. Ona nie zamierza tylko uciec, bo przez jej głowę cały czas przelatują myśli o zemście. Gromadzi przedmioty, które umożliwią jej realizację planów, doskonale radzi sobie z planowaniem - liczy wszystko co może, by wiedzieć jak wygląda jej obecna sytuacja i - o ironio! - ze zwierzyny zmienia się w ofiarę. Bezbronna dziewczynka znika z widoku i pojawia się żądna zemsty nastolatka, która nie cofnie się przed niczym. 

Trudno jednoznacznie określić co dzieje się w głowie Dorothy. Bez wątpienia Shannon Kirk nakreśliła niebanalny wątek psychologiczny i zaprosiła czytelnika do umysłu głównej bohaterki. Ale to nie jest łatwa lekcja i każdy zrozumie ją na swój sposób - nie wiem czy można polubić tą dziewczynę, jednocześnie nie mając świadomości, że przecież jest kimś niebezpiecznym. Owszem, została porwana i musi się bronic, tylko kto w jej przypadku w uwięzieniu zamiast ucieczki przede wszystkim skupiałby się na zemście? Tym bardziej, że dziewczyna w najdrobniejszych szczegółach planuje każdy swój ruch i to dosłownie, a ja przez całą powieść nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że całkiem nieźle się bawi i świetnie odnalazła się w całej tej - bądź co bądź - chorej sytuacji. 

"Metoda" jest powieścią bardzo nietypową. Wymaga od czytelnika otwartego umysły i braku żadnych uprzedzeń. To historia z przekąsem, a jak na debiut wypadła naprawdę imponująco. Właściwie nic w tej lekturze nie jest takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka, bo gra pozorów w rękach Kirk okazała się wyzwaniem pełnym nieoczekiwanych zwrotów akcji. Jak dla mnie - idealna historia dla każdego fana mocnych wrażeń i miłośników naprawdę dobrze wykreowanych wątków psychologicznych. Jestem pod wrażeniem.

sobota, 6 maja 2017

"W sieci złudzeń" Joyce Maynard

"W sieci złudzeń" Joyce Maynard, Tyt. oryg. Under the Influence, Wyd. Muza, Str. 432

Wartości rodzinne, tragedia, próba odnalezienia szczęśliwej drogi - to ostatnio częsty temat w literaturze. Jak poradziła z nim sobie Joyce Maynard, autorka znana z emocjonalnych historii?

Helen to postać tragiczna. Pokazuje się od najgorszej strony, w momencie życiowego kryzysu. Z powodu uzależnienia od alkoholu straciła wszystko na czym jej zależało. Straciła męża i opiekę nad siedmioletnim synkiem Olliem. A co najgorsze w tym wszystkim - nie stara się zmienić. Owszem podejmuje marne próby, ale bardziej z poczucia obowiązku niż własnych chęci. Trudno czytać o losach bohaterki, która w najgorszym punkcie swojego życia po prostu się poddała. Helen miała możliwość szczęścia, które sama zaprzedała i zamiast o nie walczyć - po prostu odpuściła.

Autorka faktycznie podeszła do sprawy bardzo emocjonalnie. Zagrała na moich uczuciach, bo pierwsze strony powieści wcale nie wymusiły na mnie spojrzenia na główną bohaterkę łaskawym wzrokiem. Właściwie miałam jej za złe tą bierność i apatię, którą wyczuwałam na wstępie. Jakby siła tej kobiety wyparowała wraz z pierwszym krokiem do uzależnienia. Nie mogę jednak nie zauważyć, że Joyce Maynard bardzo wiarygodnie przedstawiła obraz głównej bohaterki. Helen porzuciła nie tylko rodzinę, ale własną realizację marzeń, bo z fotografii artystycznej nie wyszło nic, poza robieniem zdjęć dzieciom w szkole. To straszne jak nisko upadała na własne życzenie i jak niewiele robiła, by to odbudować.

Jednak wbrew pozorom motywem przewodnim nie jest tutaj depresja związana z uzależnieniem, choć mocno odbija się na czytelniku. W tej powieści rolę pierwszoplanową otrzymała nić przyjaźni jaka zaczyna pojawiać się pomiędzy Helen a Avą i Swiftem Havillandami. To małżeństwo na pierwszy rzut oka idealne, które fascynuje i zaprasza do swojego świata blichtru i bogactwa. Para staje na drodze głównej bohaterki w najgorszym momencie jej życia i otwiera przed nią swoje serdeczne ramiona, więc nic dziwnego, że Helen z wdzięcznością przyjmuje wyciągniętą dłoń. Jednak pod fasadą idealności kryją się sekrety o których nie wie świat. A jednak wychodzą na światło dnia w momencie najmniej spodziewanym - odkrywa je Ollie, synek kobiety zafascynowanej nową przyjaźnią. To z kolei prowadzi do dramatu, bo czy można porzucić wiarę w syna, w momencie gdy odbudowało się w końcu złudne szczęście?

"W sieci złudzeń" to ciekawy pomysł na połączenie gry pozorów z zachwianym postrzeganiem świata. Rodzina Havillandów wkroczyła do życia Helen w momencie jej największej bezradności i otumaniła siecią własnych kłamstw. Na tle tej zawiłej przyjaźni autorka postawiła wielki znak zapytania w postaci zatraconych wartości - rodzinnych i rodzicielskich, które przecież powinny grać pierwsze skrzypce. W całej tej emocjonalnej podróży towarzyszyłam bohaterce do samego końca i przyznaję, trzymałam kciuki za to, by w końcu przejrzała na oczy. Mam jednak wrażenie, że autorka za bardzo prześlizgnęła się po temacie i nie do końca wykorzystała potencjał swojej fabuły. Uważam, że zabrakło tutaj drobiazgowości i szczegółów, które ładnie posklejałyby całość. Joyce Maynard zaproponowała mi subtelną podróż przez przygasły świat wartości i jestem bardzo zadowolona z przygody, która spotkała mnie po drodze, choć chciałabym by była ona troszeczkę lepsza.

piątek, 5 maja 2017

"Małe wielkie rzeczy" Jodi Picoult

"Małe wielkie rzeczy" Jodi Picoult, Tyt. oryg. Small Great Things, Wyd. Prószyński i S-ka, Str. 608

"Opieram się o metalowe łóżko i go tulę. Trzymam go tak, jak robiłabym to, gdyby mi pozwolono. Szepczę jego imię i modlę się za jego duszę. Witam go na tym zepsutym świecie, po czym na jednym wdechu szepczę słowa pożegnania."

Czy jest wśród fanów powieści obyczajowej ktoś, kto choćby nie słyszał o wielkim talencie Jodi Picoult? Autorka pisze przejmujące, ponadczasowe historie w których emocje grają główne skrzypce. Takie, które przenikają do krwi.

W najnowszej książce Picoult na nowo poruszyła najważniejsze, współczesne tematy - motywem przewodnim lektury okazała się równość rasowa, zachwiana na tle władzy i przywilejów poszczególnych warstw społecznych, gdzie granice zostały zatarte tak jak w prawdziwym życiu, ale jednocześnie rozłożone na czynniki pierwsze, przez co czytelnik nie miał problemu z rozpoznaniem dobrych i złych bohaterów. Uprzedzenia we współczesnych czasach wzrosły na sile, a autorka bardzo lubi hamować rozwój szkodliwych i zupełnie niepotrzebnych emocji. Tym razem również zrobiła to fenomenalnie.

Fabuła została podzielona na fazy a rozdziały - jak to często u autorki bywa - na poszczególnych bohaterów. To ważne, bo w powieści Picoult dzieje się tak dużo, że zrzucenie perspektywy tylko na jednego bohatera byłoby dla wszystkich krzywdzące. W takiej formie autorka pozwala przeniknąć czytelnikowi do umysłu poszczególnej postaci i zrozumieć wydarzenia z każdej możliwej strony. Pamiętajcie, że to nie jest debiutantka - o nie! - Jodi Picoult ma wielką klasę i jeszcze większy bagaż doświadczeń literackich, co przemawia na jej korzyść: jak mało kto potrafi powołać do życia pełnowymiarowych bohaterów z krwi i kości oraz postawić ich w bardzo trudnych życiowych sytuacjach, gdzie sami muszą sobie radzić z wyborami i ich konsekwencjami. 

"Małe wielkie rzeczy" jako historia na czasie dotyka najważniejszych czynników uprzedzeń rasowych - dumy i egoizmu, który nie pozwala na spojrzenie w dal. Najważniejsza jest jednak forma przekazania - na tle zwykłej fabuły, losów prostej rodziny, która niestety musiała się zmierzyć z wielką tragedią. Po śmierci noworodka ojciec oskarża afroamerykańską pielęgniarkę o śmierć swojego dziecka. Nikt nie podejrzewa, że to rozpocznie szereg zmian w życiu bohaterów, ale także w sercu samego czytelnika, który nawet będąc przygotowanym na dużą dawkę emocji, nie podejrzewał, że fabuła tak mocno na niego wpłynie. Wiem to z własnego doświadczenia, bo znam niemal wszystkie powieści autorki, a tym razem poczułam na własnej skórze impet uderzenia, kiedy prawda trafiła w sam środek mojego serca. Wylejecie przy tej książce morze łez, ale każda pojedyncza kropla jest tego warta.

Mogłam przypuszczać, że historia będzie poruszająca, ale i tak nie powstrzymałam się od łez i nikłego uśmiechu. Picoult ponownie poruszyła trudny i jednocześnie bardzo wartościowy temat, który bardzo szybko uświadomił mi, że czeka mnie lekcja życia. Kolejna już, którą otrzymałam od autorki. Nie możecie przygotować się na to, co czeka Was na kartach tej książki, bo fabuła jest żywym organizmem - podzielona na fazy, które przypominają bicie serca. Rytm, rytm, rytm - forma zachowana, styl na najwyższym poziomie, wydarzenia stopniujące napięcie. Słyszycie? Wasze serce bije zgodnie z wyznaczoną przez "Małe wielkie rzeczy" tonacją.

czwartek, 4 maja 2017

"Królestwo kanciarzy" Leigh Bardugo

"Królestwo kanciarzy" Leigh Bardugo, Tyt. oryg. Crooked Kingdom, Wyd. Mag, Str. 608

"Cierpienie niczym się nie różni od innych rzeczy: kiedy człowiek z nim żyje dostatecznie długo, uczy się doceniać jego smak."

Są tylko trzy nazwiska, po których powieści fantastyczne sięgam w ciemno - Sarah J. Maas, Alexandra Bracken oraz Leigh Bardugo. Ta ostatnia w pełni zdobyła moje uznanie wyjątkową trylogią Grisza, choć fenomenalny pierwszy tom Szóstki wron również nie miał sobie równych. Po spektakularnym zakończeniu pierwszego tomu nie mogłam oprzeć się pokusie poznania kontynuacji.

Zastanawiałam się czym tym razem zaskoczy mnie autorka. Bo to, że zaskoczy miałam gwarantowane. Bardugo jak mało kto potrafi pisać z pasją nawet o trudnych, niemożliwych na pierwszy rzut oka do zrozumienia czynach i pozwala sobie na coś, co wielu autorów odrzuca na starcie - trochę niepewności o losach bohaterów i zwodniczym zakończeniu, nie zawsze takim, o jakim myśleliśmy. Doskonałym przykładem jest pierwszy tom tej serii, ale i kontynuacja trzyma poziom, o ile nie jest jeszcze lepsza - choć trudno mi to obiektywnie ocenić, bo zatraciłam się w świecie Griszy na całego.

Wielkim atutem tej serii są bohaterowie, którzy w szóstkę stanęli przede mną jako zestaw indywidualnych cech, charyzmy i kompletu pokręconych osobowości. Nie jestem w stanie przedstawić ich w skali od mniej do bardziej lubianej postaci, bo każdy z nich przekonał mnie do siebie czymś innym, czymś co wyróżniało go na tle innych. W kontynuacji autorka pociągnęła ten motyw postaci wielobarwnych i wielowymiarowych, jednocześnie narzucając na ich barki jarzmo życiowych doświadczeń. Tym samym, mając na uwadze to co ich spotkało wcześniej, musieli dostosować się do obecnej sytuacji, ale pokazali się od jeszcze lepszej strony. Doskonałym przykładem jest postać Kaza - głównodowodzącego kanciarza, który nie cofnie się przed żadnym wyzwaniem. W drugiej części dostał skrzydeł, rozwinął się i udowodnił, że nie ma dla niego rzeczy niemożliwych.

Leigh Bardugo postawiła w swojej najnowszej serii na kontynuację świata pełnego intryg, w którym nic nie jest takie, jakie wydaje się na pierwszy rzut oka. Przyznaję, że kilka razy skutecznie zaprowadziła mnie w ślepe zaułki, by nieoczekiwanie zmienić bieg akcji i zburzyć wszystkie moje wstępne założenia. To świadczy o dużym talencie autorki, bo w fabule wyczuwa się lekkość, swobodę, a mimo to klimat świata przedstawionego i wiszące w powietrzu intrygi, nie pozwalają czytelnikowi choćby na moment odejść od fabuły. Ale nie tylko machina knowań jest tutaj na wysokim poziomie - poboczne wątki miłosne, czy nieocenione więzi przyjaźni otrzymały wyjątkowe znaczenie. W świecie zła i ciągłych problemów okazały się jasnymi punktami, prowadzącymi bohaterów ku szczęści.

Nie da się nie pokochać tej serii. Nie sposób nie zżyć się z bohaterami i przeżywać ich problemów na własnej skórze. "Królestwo kanciarzy" to fantastyczna kontynuacja serii, która wskoczyła na wyższy poziom i skutecznie odnalazła się na półce, gdzie stoją najważniejsze bestsellery. Gwarantowana lawina emocji zapewniła mi rozrywkę na najwyższym poziomie - szczerze się śmiałam, uroniłam kilka łez i zamartwiałam się śledząc kolejne niepowodzenia grupy przyjaciół. I, to co najważniejsze - już teraz mam ochotę wszystko jeszcze raz powtórzyć. Bezapelacyjnie - Bardugo ma fenomenalny talent!

środa, 3 maja 2017

Przedpremierowo: "Wszystkie twoje marzenia" Agata Czykierda-Grabowska

"Wszystkie twoje marzenia" Agata Czykierda-Grabowska, Wyd. OMGBooks, Str. 400
 PREMIERA: 10 maja 2017r.

"Kochał ją. Tak jak się kocha po raz pierwszy i po raz ostatni. Tak jak się kocha tylko raz."

Rozpoczęło się niezwykle uroczo - pechowy los znowu dał o sobie znać. Maja mając już serdecznie dość swojego starego samochodu planuję jego śmierć poprzez utopienie, ale na szczęście z opresji ratuje ich Kamil. I choć dziewczyna stawia wyraźną granicę, jak można się jej oprzeć skoro tryska energią i szczerą miłością do życia? W tym momencie rozpoczyna się przygoda tych dwojga, z góry naznaczona przewrotnością losu. W jaką stronę podąży ta znajomość?

Agata Czykierda-Grabowska to autorka, która odnalazła się w nurcie New Adult i kieruje swoją literacką karierę w stronę miłosnych powieści dla każdego, zabarwionych przewrotnością losu i trudnymi wyborami. Ale jednocześnie jest w jej książkach świeżość i lekkość, które wyróżniają je na tle innych, podobnych. Biorąc do ręki najnowszy projekt - "Wszystkie twoje marzenia" miałam w głowie pewien zarys tego, co może mnie czekać na kolejnych stronach, bo w końcu miałam możliwość przeczytania wszystkich książek autorki. Ale mimo to - przyznaję - poczułam się mile zaskoczona drogą, jaką obrała fabuła.

Doskonale wiecie jakie są zasady tego gatunku - piękna miłość nacechowana bólem, strachem, może cierpieniem. Ale na pewno trudną przeszłością. To również motyw przewodni w tej historii - Kamil z miejsca zaczyna dostrzegać wszystkie pozytywne strony Mai, ale ta stawia jasny warunek: żadnej miłości. Nie wiadomo co zdarzyło się w jej życiu, że podjęła taką decyzję, ale czytelnik z miejsca ma ochotę dowiedzieć się o niej całej prawy, bo jej szczera postawa i nieskrywana radość wobec życia chwytają za serce. Nie da się przejść obok tych bohaterów obojętnie i nie da się ich nie polubić - są centralnym punktem fabuły, bo to oni skupiają na sobie całą uwagę i robią to w prosty sposób, jedynie kusząc poznaniem ich historii.

Autorka wie jak skomplikować sprawy, by te wydały się jeszcze ciekawsze. Poza dobrze nakreślonymi profilami psychologicznymi bohaterów (jako zwykłe młode osoby, z którymi bardzo łatwo można się utożsamić) do fabuły zakrada się mnóstwo uczuć, które zmieniają historię w emocjonalna rozgrywkę. Głównym motywem jest tutaj miłość i faktycznie stanowi ona trzy czwarte lektury, gdzie reszta pozostaje przeznaczona na tajemniczą przeszłość Mai. To tylko przyjemny motyw poboczny, który chce się zagłębiać i rozgryźć, ale uczucie łączące głównych bohaterów tak naprawdę zaskarbia sobie całą uwagę. Autorka w bardzo realistyczny sposób potrafi oddać wszelkie podstawowe emocje - lęk przed skokiem na głęboką wodę, zazdrość, która nie powinna mieść miejsca w przypadku zwykłych przyjaciół czy chęć poczucia bezpieczeństwa, które jak się okazuje jest niezwykle ulotne.

"Wszystkie twoje marzenia" to powieść pełna emocji i nieskrywanych namiętności. Wszystkie emocje widać jak na dłoni a mimo to chciałoby się ich więcej i więcej. Bardzo lubię książki autorki, bo są szczere i realistyczne - a właśnie o czymś takim chciałabym czytać. O emocjach i przygodach, które mogą przytrafić się każdemu z nas. Autorka udowodniła, że choć życie lubi płatać figle, to szczera miłość jest w stanie pokonać wszelkie przeciwności. I chwała jej za to, bo stworzyła obraz pięknej miłości. Polecam!

wtorek, 2 maja 2017

"Trzy godziny ciszy" Patrycja Gryciuk

"Trzy godziny ciszy" Patrycja Gryciuk, Wyd. Czwarta Strona, Str. 344

"Słyszę tupanie mrówek i pająków. Rozbudzona wyobraźnia nie pozwala mi zasnąć. Każ warować z szeroko otwartymi oczami. Czuwam więc. Nie śpię wcale."

Oceniam książki po okładce i przyznaję się do tego z pełną świadomością. Czasami staram się z tym walczyć, ale rzadko mi to wychodzi. Szczególnie w takim przypadkach jak ten - gdzie okładka niemal krzyczy w moja stronę, że kryje w sobie wyjątkową historię.

Powieść pióra Patrycji Gryciuk zapowiadała się na bardzo emocjonalną lekturę. Nie znam wcześniejszych książek autorki, więc nie miałam pojęcia czego mogę się spodziewać. Opierając się wyłącznie na mojej czytelniczej intuicji zdecydowałam się na lekturę i nie żałuję - takie książki zawsze warto czytać. Dostałam bogaty zastrzyk emocji, który zapewnił mi wiele godzin dobrej historii od której - przyznaję - nie mogłam się oderwać.

Autorka w zaskakujący sposób pokazała czytelnikowi jak dużo można osiągnąć ograniczając się do niewielu słów. Sugestywny jest tutaj tytuł, który bardzo dobrze oddaje klimat rozgrywanych wydarzeń - nie zawsze trzeba dużo mówić, by osiągnąć zamierzony cel. A czasami przecież cisza jest głośniejsza niż największy gwar. To właśnie zrozumiała główna bohaterka powieści - Patrycja, która dowiedziała się, że jest śmiertelnie chora. Zazwyczaj staram się nie rozkładać na czynniki pierwsze dlaczego dana bohaterka czy bohater zostali przez autorów skazani na taki koniec - po prostu akceptuję fabułę jaką dostaję. Ale tym razem było mi smutno, że taką drogę obrała autorka, bo postać Patrycji jest niezwykle wiarygodna, żywa, dynamiczna i pełnowymiarowa. Polubiłam ją od pierwszego słowa, szczególnie przez fakt pierwszoosobowej narracji i miałam szczerą nadzieję, że los się odwróci, by mogła jednak realizować dalej swoje życie.

Pierwszoplanowa bohaterka to spory atut tej historii. Jednak gdyby jej życie zostałoby poprowadzone innymi torami - otrzymalibyśmy już zupełnie inną powieść. Więc akceptując obecny stan rzeczy skupiłam się na szczegółach z jakich została zbudowana fabuła i przy każdym na moment się zatrzymywałam. "Trzy godziny ciszy" właściwie nieświadomie wymuszają taką reakcję w czytelniku, bo to historia nie tylko wiarygodna, ale nacechowana dużą ilością wartości dnia codziennego, które są zrozumiałe i dostępne na wyciągnięcie dla każdego. A przecież to najbardziej fascynuje w książkach. Dlatego, gdy Patrycja postanawia rzucić wszystko i powrócić do Gourdon jej decyzja jest zrozumiała - kobieta chce wykorzystać czas, który jej pozostał najlepiej jak może. W tym momencie lektury pojawia się też pewien melancholijny wyrzut kierowany w stronę przeszłości - bohaterka próbuje nawiązać kontakt z utraconą przed dziewięcioma laty miłością. Marnix wydaje się bohaterem trochę odrealnionym, wyciągniętym z mroków przeszłości dziewczyny, która z utęsknieniem patrzy w stronę utraconego czasu. Zamiast cieszyć się dniem, zaczyna przywoływać tajemnice z młodzieńczych lat - i tutaj powieść nabiera zaskakujących barw.

Historia "Trzech godzin ciszy" to zaskakujący obraz przyszłości na której widać niechciany kres i przeszłości - nieoczekiwanie nieograniczonej. Autorka pięknym i bardzo obrazowym językiem zabrała mnie w podróż do serca głównej bohaterki, która z utęsknieniem i determinacją próbowała choć przez chwilę odbudować to co stracone. Nie spodziewałam się, że ta lektura tak bardzo przypadnie mi do gustu, ale ogromnie się z tego cieszę, bo wyciągnęłam z treści kilka wartościowych prawd o których chciałabym pamiętać. To historia pełna wzlotów i upadków, która wciąga do swojego świata i na długi czas pozostaje w głowie czytelnika.