Są rany, które nigdy się nie zabliźniają. I zemsta, która domaga się finału.
Kornel Malicki nie spodziewa się, że już niebawem pojawi się przed nim kolejny problem do rozwiązania. Czy i tym razem uda mu się wygrać z czasem?
Nie ma nic przyjemniejszego od oddania się nowej lekturze ulubionego autora. Szczególnie gdy ten nie zwalnia tempa i po raz kolejny zaskakuje nieprzeciętnym umysłem oraz plastycznym stylem. Marcel Moss nie pierwszy raz pokazał mi jak dobrze czuje się w świecie thrillera, tworząc zawiłą opowieść pełną pułapek oraz mylnych tropów. Brawurowo rozegrał banalny na pierwszy rzut oka pomysł, grając przede wszystkim na emocjach czytelnika oraz jego fantazji. Barwne opisy, mroczny klimat, zagadki wiszące w powietrzu oraz przejmujące napięcie zbudowały historię od której trudno było mi się oderwać.
W lipcu 2007 roku nad Jeziorem Solińskim zorganizowano obóz, który dla uczniów zakończył się tragedią. Jeden z nich otworzył ogień strzelając do rówieśników a z kolei inna obozowiczka przepadła bez wieści. W tej sytuacji zrodziło się więcej pytań niż odpowiedzi. Wiele lat później Kornel Malicki przyjeżdża do Wołkowyi zbierając materiał do swojej książki. Nie spodziewa się, że rozdrapując stare rany sprowadzi na siebie prawdziwe niebezpieczeństwo.
Fabuła biegnie na dwóch przestrzeniach czasowych. To jeden z moich ulubionych zabiegów, dzięki któremu mogę nie tylko lepiej wczuć się w rozgrywane wydarzenia, ale i doszukiwać się tego co ukryte pod powierzchnią. Pozornie niezwiązane ze sobą wydarzenia zaczynają łączyć się w spójną całość, ale nim do tego dojdzie, po drodze czeka nas cała masa pomysłowych perturbacji. W pełni przemyślana, dynamiczna oraz angażująca akcja przygląda się z bliska wszystkim bohaterom, pokazuje ich destrukcyjną tendencję oraz udowadnia, że wielu wie więcej niż raczy wyjawić. Wszechobecne niebezpieczeństwo mocno zaciska swoje sidła, kontrolowany przez autora chaos zaczyna nabierać kształtów, gdy zagadka decyduje się odkrywać pewne fakty a prywatne problemy głównego bohatera dodadzą całości odpowiedniej wiarygodności. Powoli, po nitce do kłębka, podążamy wyboistą drogą i nie potrafimy zdecydować na czym bardziej skupić naszą uwagę: na głębokiej, psychologicznej analizie postaci czy na samym epickim klimacie.
Doskonale wiemy, że niebawem wydarzy się coś naprawdę złego a jednak i tak czujemy się mile zaskoczeni. "Zły opiekun" to barwna gra pozorów bazująca na podszeptach i niedopowiedzeniach, które ze strony na stronę nabierają rozpędu. Marcel Moss doskonale wie jak bawić się z czytelnikiem, żonglować emocjami, stosować odpowiednie napięcie, dzięki czemu otrzymujemy powieść kompletną, spójną oraz inteligentną, nie tylko trzymającą poziom poprzedniczki, ale i delikatnie podnoszącą poprzeczkę. Zarezerwujcie dla tej książki kilka wolnych godzin, ponieważ zapewniam, że nie będziecie mieli ochoty szybko jej odłożyć.

